Już od kilku lat mamy zmianę w strategiach rozwoju wielu krajów. Elity zrozumiały, że kraj musi mieć mocny przemysł, bo wokół niego powstają usługi i dużo dobrze płatnych miejsc pracy. Dowodem na sukces takiej strategii są Niemcy, tą samą drogą podążają też już USA. W Polsce za czasów Gierka mieliśmy potężny wzrost długów, ale widać było efekty w postaci wzrostu potencjału przemysłowego, z czego korzyści do tej pory czerpią kolejne rządy, sprzedając wytworzony wówczas majątek. Za czasów Sami Wiecie Kogo mamy politykę, która zachęca sektor prywatny do likwidowania miejsc pracy w przemyśle. Można zadać pytanie, jakich miejsc pracy w takim razie przybywa. Odpowiedź na to pytanie przynosi opublikowany w tym roku artykuł ekonomistów Małgorzaty Guzowskiej i Tomasza Strąka z Uniwersytetu Szczecińskiego, którzy na podstawie analizy sprawozdań z wykonania ustawy budżetowej policzyli liczbę pracowników państwowej sfery budżetowej, zwanych potocznie urzędnikami. W 2002 r., pierwszym roku objętym analizą, tych osób było 425 tys. Silny wzrost o około 40 tys. nastąpił w 2003 r., potem za czasów rządów PiS była stabilizacja, liczba urzędników w latach 2005–2007 nawet spadła o 500 osób. To pokazuje, że nieprawdziwe jest dość powszechne stwierdzenie, że powodem dramatycznego wzrostu liczby urzędników jest członkostwo Polski w Unii Europejskiej. Silny wzrost nastąpił dopiero za czasów rządów Platformy Obywatelskiej, w latach 2008–2011 liczba urzędników wzrosła do 510 tys., czyli o 70 tys. Analiza nie obejmuje 2012 i 2013 r.

Te dane pokazują, jak postępuje rozwój polskiej gospodarki za czasów rządów Sami Wiecie Kogo. Nowy dług w relacji do PKB jest zaciągany tak samo szybko jak za Gierka, ale jednocześnie silnie maleje liczba miejsc pracy w przemyśle (o 5 proc.) i jeszcze silniej rośnie liczba urzędników (o ponad 10 proc.). Co więcej, nie jest to efekt bezwładności państwa, nie jest to też efekt członkostwa w Unii Europejskiej, tylko skutek takiej, a nie innej polityki gospodarczej realizowanej przez Sami Wiecie Kogo. Wiadomo, że liczba urzędników ponownie wzrośnie w 2013 r. z powodu wdrożenia patologicznej ustawy śmieciowej, bo samorządy muszą teraz zajmować się pilnowaniem sortowania śmieci i organizacją przetargów na ich odbiór.

Konsekwencje takiej polityki są widoczne. Maleje baza podatkowa, bo maleje liczba miejsc pracy w przemyśle, za to rośnie liczba osób, których pensje są wypłacane z podatków, pojawiają więc się problemy w budżecie. Rośnie liczba osób przeciwnych oszczędnościom budżetowym i przeciwnych obniżce podatków. Na to nakłada się nadchodzący szybkimi krokami kryzys demograficzny, czyli drastyczny przyrost liczby emerytów, co spowoduje eksplozję wydatków na emerytury i koszty leczenia.

Tak silny wzrost liczby urzędników jest najlepszym dowodem niskiej jakości rządzenia. Wraz z rozwojem technologii internetowych i mobilnych coraz więcej spraw powinno być załatwianych bez potrzeby kontaktu obywatela i przedsiębiorcy z urzędem. Ale znajomi urzędnicy informują mnie, że wdrożenie elektronicznego obiegu dokumentów w praktyce oznacza, iż stary obieg papierowy pozostał, a trzeba zatrudnić nowych urzędników do obsługi e-dokumentów.

W umysłach Polaków funkcjonuje przekłamany obraz złych rządów Gierka, które doprowadziły do bankructwa, i zielonej wyspy, którą podobno zawdzięczamy Sami Wiecie Komu. Ale dane pokazują, że prawda jest inna od narracji narzuconej przez masowe media. To za czasów Gierka powstało 800 tys. miejsc pracy w przemyśle, a w minionych sześciu latach miejsca pracy w przemyśle znikały, za to zatrudniono armię urzędników. Ten patologiczny rozwój Polski w minionych latach, jeżeli będzie dalej kontynuowany, doprowadzi do katastrofy w finansach publicznych, której początki widzimy w 2013 r.

Gierek zadłużał się, ale rozwijał przemysł. Teraz mamy już tylko długi