Było ich trzech. Dm, Schlecker i Rossmann przez lata dzielili między siebie intratny i stale rosnący niemiecki (i po częsci również wschodnioeuropejski) rynek drogeryjny. Każdy wręcz bałwochwalczo wierzył w swoją unikalną biznesową strategię. W końcu jeden z gigantów nie wytrzymał konkurencji i ogłosił bankructwo. A walka pozostałych dwóch o schedę po nim to znakomita lekcja kapitalizmu w praktyce.

Przez większą część mijającego roku temat bankructwa Schleckera nie schodził z ust wszystkich Niemców. Niecodziennie zdarza się przecież, że firma osiągająca roczne obroty rzędu 6,5 mld euro i zatrudniająca 36 tys. ludzi w ciągu zaledwie kilku miesięcy zupełnie wypada z gry. Upadkowi Schleckera towarzyszyły za Odrą mieszane uczucia. Z jednej strony założyciel koncernu – ponury miliarder Anton Schlecker, nigdy nie cieszył się najlepszą opinią. Uchodził za uosobienie biznesmena chciwego i nastawionego na zysk za wszelką cenę. Warunki pracy w Schleckerze były najgorsze, a sprzedawców było zdecydowanie za mało. Sklepy szły po linii najmniejszego oporu, jeśli chodzi o wystrój i atmosferę. Z drugiej strony jednak model biznesowy koncernu z Ehingen w Badenii-Wirtembergii miał dwa podstawowe atuty. Schlecker stawiał na ilość.

W Niemczech był na każdym rogu, nawet w najbardziej prowincjonalnym miasteczku. W sumie 5 tys. sklepów w całym kraju. Niemal do końca trwała też jego potężna międzynarodowa ekspansja. W 2008 r. Schlecker ogłosił, że z 14 tys. filii (w tym ok. 200 w Polsce, głównie w małych miasteczkach na południu kraju) jest największą siecią drogeryjną na kontynencie. Drugi niepodważalny atut – oferował faktycznie najtańsze produkty. Dzięki temu aż do końca kontrolował prawie 40 proc. niemieckiego rynku drogeryjnego.

Ta strategia okazała się jednak zgubna. Ciągła ekspansja pod względem liczby sklepów nie przekładała się na zyski. W marcu 68-letni Anton Schlecker ogłosił, że jest niewypłacalny. Nie powiodła się też próba restrukturyzacji firmy przez syndyka. W lipcu koncern zamknął wszystkie filie w Niemczech, pod młotek poszły też zagraniczne interesy. Polskie drogerie Schleckera kupiła Hygienika, spółka giełdowa z Lublińca. Zamierza przemianować je na nową markę – Dayli.

Kłopotom dotychczasowego lidera rynku z nieukrywaną radością przyglądali się jego najwięksi konkurenci: Drogerie Markt (posługująca się skrótem dm) i doskonale znany w Polsce Rossmann. – Mieliśmy najlepszy maj, najlepszy czerwiec oraz lipiec i najlepszy sierpień w historii. W całym 2012 r. w Niemczech nasze obroty przekroczą po raz pierwszy 5 mld euro, a w całej Europie podskoczą do 6,9 mld euro – chwalił się pod koniec ubiegłego tygodnia Erich Harsch, szef dm. Podobne wzrosty wykaże zapewne również Rossmann (w zeszłym roku miał 5,1 mld euro obrotu).

Do tej pory obie firmy wojowały głównie ze Schleckerem i nie mogły przebić go pod względem rozmachu. Obie sieci mają w sumie w całej Europie mniej sklepów niż Schlecker miał w samych Niemczech. Stawiały więc na jakość. Celował w tym zwłaszcza dm, który od lat zwycięża we wszystkich rankingach konsumenckich. Podobnie ma być w przyszłości. Dm zapowiedział właśnie, że wzorem Apple’a w trosce o środowisko zamierza niemal zupełnie zrezygnować z drukowania papierowych paragonów. Kwit kasowy będzie wysyłany do klienta drogą elektroniczną, a stali klienci w ogóle będą mogli kupować bezgotówkowo przy użyciu e-bonów.

Z kolei Rossmann ulokuje się pewnie w połowie drogi między Schleckerem a dm. O uboższych klientów owdowiałych po upadku wielkiego konkurenta zamierza zawalczyć poprzez obniżanie cen. Do prasy już wyciekł list ultimatum wysłany przez centrale Rossmanna do wszystkich dostawców, że teraz wszystko będzie kupował od nich o... 10 proc. taniej. Innym atutem Rossmanna są świetnie rozwijające się interesy w Europie Środkowo-Wschodniej. Zwłaszcza w Polsce, gdzie „czerwoni” byli pierwszym dużym zachodnim graczem i nigdy nie dali się wysadzić z siodła. Firma z Dolnej Saksonii ma dziś w naszym kraju 618 sklepów. Czyli w sumie tylko trochę mniej niż w Czechach, Austrii i na Węgrzech razem wziętych.