„Jeśli – zdaniem Dalibora Rohacza, analityka «FT» – kiedykolwiek dojdzie do konfrontacji między liberalnymi demokracjami świata a Chinami o Koreę Północną, Morze Południowochińskie, Tajwan czy niezliczone inne sprawy, hiperaktywna dyplomacja Pekinu w Europie Środkowej sprawia, że prawie na pewno nie będzie zjednoczonego europejskiego frontu stojącego u boku USA, Tajwanu, Korei Południowej czy Japonii”. Słowem, Rohacz twierdzi, że Chiny chcą, uzależniając nas krok po kroku od własnego kapitału, ograniczyć naszą suwerenność w polityce zagranicznej na wypadek... III wojny światowej.

Rozumiem, że waszyngtońscy „analitycy” (tam rezyduje Rohacz) żyją z kreślenia scenariuszy, w których wszystko łączy się ze wszystkim, a każdy ma ukryte i złowrogie intencje (z wyjątkiem, rzecz jasna, Amerykanów), ale nie usprawiedliwia to przemycania narracji, która jest nie tylko fałszywa empiryczne, lecz która, przenikając do umysłów elit, zdolna jest faktycznie wywołać może nie wojnę światową, ale na pewno międzypaństwowe konflikty różnego typu.

Artykuł Rochacza upowszechnia coraz bardziej popularny światopogląd, w którym obcy kapitał per se jest z gruntu niewarty zaufania. W tym wypadku padło na podejrzane inwestycje chińskie, ale wujek Google szybko znajdzie artykuły analityków nawołujących do cenzurowania inwestycji niemieckich, amerykańskich czy rosyjskich. Zawsze znajdą się powody do nieufności. Czyż Niemcy nie sterują swoją polityką inwestycyjną tak, by poszerzać swoje wpływy? Czy Amerykanie, inwestując za granicą, nie są nastawieni wyłącznie na zysk, nie mając względu na lokalne uwarunkowania i tradycje? Czy rosyjskie inwestycje zagraniczne nie sprowadzają się do instalowania putinowskich agentur i oligarchizacji Europy?

Owszem, na takie pytanie odpowiedź bywa twierdząca. Nikt przecież nie przeczy, że wszędobylskie łapy światowych rządów chciałyby inwestycje zagraniczne „swoich” firm uzależniać od politycznych interesów i że czasami im się to udaje. Nie w tym rzecz. Problem z sianiem nieufności do obcego kapitału jest taki, że nieufność rodzi potrzebę kontroli. Skoro nie możemy mu ufać, to zanim go do siebie wpuścimy, musimy dokładnie prześwietlić i wydać pozwolenia. A może w ogóle nie wpuszczać? Może poradzimy sobie sami?

Nie, nie poradzimy sobie.

Takie myślenie cofa nas do czasów sprzed rewolucji przemysłowej, gdy rządy traktowały swoje gospodarki jako sobie wrogie i konkurencyjne w tym sensie, że jedna mogła zyskać wyłącznie kosztem przejęcia zasobów drugiej. Każdy chciał wydrzeć jak najwięcej dla siebie. Dla swoich. Nawet kosztem czyjejś krzywdy. Takie poglądy rozpanoszyły się szczególnie w XVIII w. i nic dziwnego, że obfitował on w setki mniejszych i większych konfliktów militarnych.

T akie myślenie zwraca nas też w stronę protekcjonizmu – kolejnego fałszywego poglądu, który kazał narodom świata odwracać się od siebie plecami i zabijał wzajemne zaufanie.

Tymczasem prawda – poświadczona historią ostatnich 200 lat i odkryciami takich ekonomistów, jak Adam Smith czy David Ricardo – jest taka, że handel i inwestycje wzajemne zwiększają nie tylko dobrobyt, ale i polityczną stabilność. Czynią nas, umożliwiając opartą na dobrowolnym kontrakcie konfrontację z obcym, bardziej otwartymi. Znoszą międzykulturowe bariery i zmiękczają pięść tyranów, jeśli ci dostrzegą w nich osobiste korzyści. Nawet jeśli – skądinąd słusznie – uważamy, że za danymi, pojedynczymi przypadkami aktywności biznesowej może stać obce państwo, nie powinno nas to prowadzić do przyjęcia, że polityczną kontrolę nad napływem kapitału należy postawić ponad gospodarczą wolnością. Wylalibyśmy dziecko z kąpielą. Jak zauważał wybitny francuski ekonomista i eseista ekonomiczny, „jeśli towary nie przekroczą granic, zrobią to armie”.

A jeśli naprawdę chcemy, by „obcy kapitał” był zawsze i bezwzględnie bezpieczny i przyjazny, powinniśmy robić wszystko, co w naszej mocy, by dokonać tak potrzebnego rozdziału rządów od gospodarki. Może odbyć się to np. przez prywatyzację czy odcięcie wielkiego biznesu od państwowych subsydiów. Wówczas zlikwidujemy samą możliwość traktowania kapitału jako narzędzia wojny dyplomatycznej. I zniesiemy konieczność istnienia waszyngtońskich analityków.