Wycofania zainwestowanych pieniędzy domagają się inwestorzy posiadający certyfikaty o wartości około 100 mln zł – ocenia Michał Krawczyk, szef rady nadzorczej i udziałowiec MFM. Dyspozycje wykupu można składać raz na kwartał. W grudniu zeszłego roku i marcu tego roku takie zlecenia zostały jednak zredukowane o 98–99,8 proc. Powód? Fundusze zarządzane przez MFM inwestują kapitał w aktywa, które nie jest łatwo sprzedać. A rezerw gotówkowych już się pozbyły.

– W czerwcu i wrześniu zeszłego roku wypłaciliśmy kilkadziesiąt milionów złotych. Wystawiliśmy aktywa na sprzedaż. Pewnie moglibyśmy pozbyć się ich szybciej, obniżając cenę, ale to byłoby nie w porządku wobec większości inwestorów, którzy chcą z nami zostać. Pieniądze na wypłaty powinniśmy zebrać w ciągu roku – mówi Krawczyk.

7 tys. hektarów

W co inwestują podmioty zarządzane przez MFM? Największe aktywa (159 mln zł na koniec lutego) zgromadził fundusz Lasy Polskie, który zarabia na wzroście wartości posiadanych działek, dopłatach otrzymywanych z Unii oraz sprzedaży drewna. Na 151 mln zł wyceniane są aktywa funduszu Inwestycje Rolne.

Wartość certyfikatów obu podmiotów regularnie rosła. Wzrosty miały jeszcze przyspieszyć po wygaśnięciu w maju 2016 r. 12-letniego okresu ochrony ziemi rolnej i lasów przed ich wykupem przez obcokrajowców, który wynegocjowaliśmy wchodząc do Unii Europejskiej. Jednak rząd Prawa i Sprawiedliwości dokonał zmian w prawie, które mocno ograniczyły krąg nabywców ziemi, eliminując z niego m.in. obcokrajowców. Nowe regulacje znacznie zmniejszyły skalę transakcji. Tymczasem zarządzane przez MFM fundusze mają 4,5 tys. ha gruntów ornych i 2,5 tys. ha lasów.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

– Zbadaliśmy fundusze bardzo dokładnie i nie stwierdziliśmy żadnych nieprawidłowości związanych z ich aktywami czy zarządzaniem nimi. Gdyby tak było, jesteśmy gotowi w każdej chwili przejąć zarządzanie. Ale też wartość transakcyjna aktywów może być inna niż ich wycena, w szczególności gdyby sprzedać je wszystkie jednocześnie – mówi Rafał Prądzyński, prezes Fincrea TFI. Jego firma administruje funduszami zarządzanymi przez MFM. To na Fincrea spoczywa odpowiedzialność za wycenę aktywów.

Nie lepsza z punktu widzenia płynności aktywów jest sytuacja dwóch pozostałych podmiotów zarządzanych przez MFM. Niemal 118 mln zł aktywów funduszu Inwestycje Selektywne to nieruchomości i firmy znajdujące się na wczesnym etapie rozwoju. Niespełna 50 mln zł zgromadził fundusz Vivante, inwestujący w projekty związane z medycyną, hotelarstwem, edukacją, transportem czy dostarczaniem mediów. Spółki posiadane przez fundusze nie są notowane na giełdzie i tym samym ich sprzedaż jest utrudniona.

Nieprzyjemne informacje

– Inwestorzy narzekają na brak transparentności i nieodpowiednią politykę informacyjną, co nie ułatwia weryfikacji sytuacji finansowej funduszy, zwłaszcza że inwestycje dokonywane były nie bezpośrednio, a przez struktury spółek. Inwestorzy dali jednoznaczny wyraz swojemu zaniepokojeniu, nie zatwierdzając sprawozdań finansowych za 2016 r. trzech z czterech zarządzanych przez Meridian funduszy. Inwestorom nie dano zresztą szansy na wnikliwe zapoznanie się ze sprawozdaniami finansowymi, dostępnymi na kilkanaście godzin przed obradami zgromadzeń inwestorów, które miały je zatwierdzić – wyjaśnia Grzegorz Boguski z kancelarii Matczuk Wieczorek i Wspólnicy, reprezentującej kilkudziesięciu posiadaczy certyfikatów funduszy.

Fundusze mają specyficzną, dwupiętrową strukturę – każdy z nich ma udziały w spółkach, za pośrednictwem których kontroluje właściwe aktywa, mające przynosić zyski inwestorom. W praktyce oznacza to, że posiadacze certyfikatów nie mogą łatwo stwierdzić, w co tak naprawdę zainwestowano ani jaka jest sytuacja finansowa spółek znajdujących się na dole struktury. A tak zdarza się, że są zaskakiwani nieprzyjemnymi informacjami. Tak jak w przypadku funduszu Inwestycje Selektywne, którego certyfikaty potaniały w tym roku o 20 proc. Powodem jest spadek wartości spółki Winterfox działającej na rynku pożyczek internetowych. Za jedną czwartą udziałów firmy fundusz zapłacił w maju zeszłego roku 38 mln zł. W swoim bilansie aktywa te wycenił na 47 mln zł. Taką wartość udało się uzyskać w oparciu o optymistyczne prognozy finansowe dla znajdującej się na wczesnym etapie działalności spółki. W 2016 r. Winterfox miał mieć 2,7 mln zł zysku, tymczasem zanotował 3,3 mln zł strat. Firma straciła cały wpłacony przez udziałowców kapitał, co może być przesłanką do ogłoszenia upadłości. Wycena udziałów Winterfox w bilansie funduszu obniżyła się o 80 proc. w stosunku do kwoty wydanej na ich zakup.

Okoliczności przeprowadzenia transakcji są niejasne – dokonała jej poprzednia firma zarządzająca funduszami, Dom Maklerski W Investments, kontrolowana przez Piotra Wiśniewskiego.

Skuteczny marketing

To Wiśniewski wpadł na pomysł, żeby w okresie niskich stóp zwrotu z bezpiecznych instrumentów finansowych i niepewnej koniunktury na giełdzie zaoferować inwestorom produkty alternatywne, dające kilka procent zysku rocznie. I w ciągu 5 lat zebrał od inwestorów kilkaset milionów złotych. Odniósł sukces m.in. dzięki skutecznemu marketingowi. Do swojej koncepcji przekonał Alior Bank, Bank Ochrony Środowiska i kilku mniejszych dystrybutorów produktów finansowych, którzy sprzedawali certyfikaty funduszy zarządzanych przez DM W Investments. Nabywcami byli zamożni klienci – minimalna kwota inwestycji, zgodnie z obowiązującymi dla tego typu funduszy regulacjami, stanowi równowartość 40 tys. euro. Przekonać ich do inwestycji było łatwo – nie tylko dlatego, że wycena funduszy regularnie rosła, ale część nabywców dostała gwarancje od kontrolowanej przez Wiśniewskiego spółki W Investments (to notowany na GPW wehikuł inwestycyjny, który w grudniu zeszłego roku zmienił nazwę na Baltic Bridge). Ich roczna stopa zwrotu miała być nie niższa niż 5 lub 10 proc. – w zależności od funduszy i serii certyfikatów.

W zeszłym roku Wiśniewski sprzedał firmę zarządzającą aktywami (wydzielając ją wcześniej z domu maklerskiego) za 84 mln zł. Nabywcami było trzech inwestorów, m.in. Michał Krawczyk. Udziały w Winterfox fundusz Inwestycje Selektywne kupił na osiem dni przed zmianą zarządzającego. Z informacji zebranych przez nowych właścicieli wynika, że sprzedającym była cypryjska firma kontrolowana przez osoby powiązane z Piotrem Wiśniewskim. W skrócie – uważają, że w rzeczywistości to Wiśniewski stał po obydwu stronach transakcji i w praktyce wyprowadził z funduszu Inwestycje Selektywne 40 mln zł. Biznesmen te oskarżenia odrzuca.

– W czasie podejmowania decyzji o zakupie udziałów w spółce Winterfox do portfela funduszu Inwestycje Selektywne byłem jedynie akcjonariuszem DM W Investments i nie zajmowałem się w żaden sposób procesem inwestycyjnym. W chwili realizowania tej transakcji nie byłem w żaden sposób powiązany ze spółką Winterfox. Inwestycje przeprowadził zarząd domu maklerskiego, w którym za ten proces odpowiadał Michał Matynia, dzisiaj prezes zarządu Meridian Fund Management zarządzającego portfelem inwestycyjnym wspomnianego funduszu – wyjaśnia Wiśniewski.

Według Matyni osobą odpowiedzialną za transakcję po stronie DM W Investments był prezes Tadeusz Pietka, a jemu okoliczności zakupu Winterfoksu nie były znane. MFM szuka sposobu na wycofanie się z transakcji, zamierza w tej sprawie złożyć zawiadomienie do prokuratury.

Nierozliczona sprzedaż

Posiadacze certyfikatów funduszy obawiają się podobnych niespodzianek w przyszłości. Ale też konfliktu między Piotrem Wiśniewskim i nowymi zarządzającymi.

Transakcja zakupu firmy zarządzającej pozostaje nierozliczona. Z uzgodnionej kwoty nowi właściciele zapłacili na razie 40 mln zł. I nie tylko nie zamierzają płacić reszty, ale będą domagać się zwrotu części już wpłaconych pieniędzy. Bo uważają, że sprzedając firmę, Piotr Wiśniewski złożył nieprawdziwe oświadczenia. Jedno z nich miało dotyczyć dystrybucji certyfikatów, która na czas zmian właścicielskich została przez sprzedawców wstrzymana, ale miała być wznowiona. Tymczasem ani Alior (był głównym dystrybutorem certyfikatów, dostarczył funduszom około 2/3 wpłat), ani BOŚ już certyfikatów nie sprzedają. To ważne także z punktu widzenia inwestorów, którzy kupili je wcześniej. Napływ nowych pieniędzy pozwalał realizować wypłaty posiadaczom certyfikatów żądających ich wykupu. Nie trzeba było sprzedawać aktywów. W przeszłości zresztą wycofujących się inwestorów było niewielu, teraz fala narasta. Wynika to ze statutów funduszy – certyfikaty można przedstawić do wykupu najwcześniej rok po ich otrzymaniu. Fundusze najlepiej sprzedawały się pod koniec 2015 r., co oznacza, że okres zamknięty dla największej grupy klientów już się skończył.

– Niektórzy dystrybutorzy nieco zbyt agresywnie sprzedawali certyfikaty i część z nich trafiła do klientów, dla których to nie jest odpowiednia inwestycja. Oni chcą się teraz wycofać. To jedno ze źródeł naszych kłopotów – mówi Michał Krawczyk.

Z punktu widzenia inwestorów kłopoty polegają nie tylko na braku możliwości wypłacenia pieniędzy z funduszy. Baltic Bridge gwarantowane stopy zwrotu wypłacał tylko do końca zeszłego roku. Inwestorzy, którzy przedstawili certyfikaty do wykupu na koniec marca, na razie pieniędzy od firmy nie otrzymali.