Nawet przy takim zastrzeżeniu jego odpowiedzi są zdecydowanie zbyt kategoryczne i zbyt słabo uzasadnione, jeśli uwzględni się stopień skomplikowania wchodzących w grę uwarunkowań oraz ich znaczenia dla przyszłości polskiej gospodarki. Mało precyzyjną i trochę nonszalancką argumentację nieco usprawiedliwia forma felietonu, ale już nie przyjęte na wstępie założenie, że chodzi „o kilkudniowe wzmożone zainteresowanie tematem wspólnej waluty”. Dla Polski to obecnie jeden z kluczowych tematów. Dlatego zainteresowanie nim należy podtrzymywać i rozbudzać. Trzeba też jednak uważać, aby niezależnie od formy wypowiedzi nie przyczyniać się niechcący do utrwalania błędnych „mądrości obiegowych”. Mam pięć najważniejszych zastrzeżeń i wątpliwości wobec tekstu Ignacego Morawskiego.

Nawet jeśli błędnie zinterpretowane, te dwa problemy u Jarosława Kaczyńskiego są ze sobą ściśle powiązane: do dyskusji o euro można będzie powrócić, gdy osiągniemy 85 proc. PKB Niemiec. Natomiast Ignacy Morawski rozważa je właściwie jako niezależne od siebie. Jego zdaniem, jak pokazuje przykład Włoch i Słowacji, „poziom dochodu w  stosunku do Niemiec nie ma większego znaczenia”, jeśli chodzi o radzenie sobie przez dany kraj w strefie euro. Nawet jeśli uznać, że przykład tych krajów jest trafnie dobrany, to nie stanowi on uzasadnienia dla odrębnego rozpatrywania obydwu problemów. Takie podejście pomija bowiem pozytywne sprzężenie między członkostwem w strefie euro a tempem doganiania Niemiec. Określony poziom PKB może być dla jednych warunkiem przystąpienia, ale z drugiej strony członkostwo może przyspieszyć spełnienie tego warunku. Kwestia ta została podniesiona w dyskusji nad kryteriami z Maastricht. Kraj dopuszczony do wspólnego obszaru walutowego bez spełnienia kryteriów dzięki korzyściom z integracji może je szybciej spełnić.

Autor rozpatruje je jedynie w kontekście możliwości szybszego dogonienia Niemiec. A przecież jest ono jeszcze ważniejsze w kontekście członkostwa w strefie euro. Pozostając poza nią, tym bardziej będziemy potrzebować wolnej od błędów polityki, aby zmniejszyć ryzyko kryzysu walutowego czy finansowego lub zneutralizować ich skutki w sytuacji, gdy nasz dostęp do unijnych narzędzi stabilizacji makroekonomicznej i finansowej będzie stopniowo ograniczany.

Chodzi tu o dwie kwestie. Po pierwsze, nie wiadomo, dlaczego „rezygnacja z własnego pieniądza i własnej polityki pieniężnej” jest jednoznacznie traktowana jako koszt, mimo że najpoważniejsze kryzysy spowodowane były błędami we własnej, suwerennej polityce. Po drugie, skąd wiadomo, że „ogromny sukces polskiego eksportu w ostatnich latach” nie byłby jeszcze większy, gdyby nie występowało ryzyko kursowe?

Tu zaskakujące jest sformułowanie, że kryzys lat 2008–2012 pokazał, że doszło do „sztucznego obniżenia kosztu pożyczania poprzez zmianę waluty, w jakiej się pożycza”. Taki był łączny efekt decyzji uczestników rynków finansowych i nie ma w tym nic „sztucznego”. To tak, jakby powiedzieć, że spadek premii za ryzyko i obniżka rynkowych stóp procentowych, czego doświadczyliśmy w latach 90. dzięki intencji przystąpienia do UE, też było czymś „sztucznym” i w efekcie niekorzystnym.

Tu autor powiela typowe błędy, jakie często pojawiają się w dyskusji o euro, a polegające na dosyć niefrasobliwym podejściu do roli czasu w procesach gospodarczych. Trudno zrozumieć, dlaczego autor chce nas skazać „na skutki pozostawania na zewnątrz” w trakcie oczekiwania, aż „euro stanie się obszarem stabilnym i spajającym Europę”. Powinien się zastanowić, gdzie znajdowalibyśmy się obecnie w stosunku do PKB Niemiec, gdybyśmy na początku transformacji przyjęli podobne podejście typu „poczekamy, zobaczymy”. Nie przystąpilibyśmy do Unii Europejskiej, czekając, jakie skutki przyniesie jej rozszerzenie i jak na tym wyjdą Węgrzy, Czesi czy Słowacy. A zdaniem wielu komentatorów również wtedy „korzyści były bardzo niepewne i niejasne”.

Autor powinien też uwzględnić duże zmiany, które już się dokonały w architekturze instytucjonalnej w reakcji na kryzys i które się dokonają, zanim realistycznie moglibyśmy do niej przystąpić. Najtrudniejsze do zrozumienia jest jednak to, że autor dostrzega silny wzrost znaczenia politycznych argumentów za członkostwem w strefie euro, a jednocześnie tak łatwo akceptuje rzekome zerowe koszty pasywności, które całkiem szybko mogą przybrać postać działań obecnej władzy zmierzających do wyprowadzenia Polski z UE. Można mieć nadzieję, że Ignacy Morawski będzie wracał w swoich felietonach do kwestii członkostwa Polski w strefie euro, nie czekając, aż sprowokuje go do tego Jarosław Kaczyński kolejną próbą zabrania głosu w sprawach ekonomicznych.

Kraj dopuszczony do wspólnego obszaru walutowego bez spełnienia kryteriów dzięki korzyściom z integracji może je znacznie szybciej spełnić