CETA docelowo zniesie 98 proc. ceł między Unią Europejską a Kanadą. Na razie jednak wielkich zmian w relacjach handlowych nie należy się spodziewać. Nie znajdziemy od razu na sklepowych półkach genetycznie modyfikowanego łososia z Kanady, ale umowa ta z całą pewnością daje zielone światło dla liberalizacji zasad obowiązujących w Europie. Nie tylko w kwestii biotechnologii.

O co tu chodzi?

Umowy nowej generacji nie mają na celu wyłącznie obniżania ceł. Ich „nowoczesność” ma polegać na usuwaniu ograniczeń w sytuacji, gdy bariery w handlu wynikają z kwestii pozataryfowych. Brzmi dobrze. W praktyce sprowadza się to jednak do nieco gorszych konsekwencji. Przynajmniej dla państw. – Za pomocą międzynarodowej umowy handlowej wymuszone zostaną takie zmiany w prawie, których nie dałoby się przeprowadzić w normalnym, demokratycznym procesie legislacyjnym – ostrzega prof. Leokadia Oręziak z SGH.

Tekst CETA nie zmienia obowiązujących w Europie ustaleń dotyczących bezpieczeństwa żywności, nie znosi zasady ostrożności, z której wypracowania UE może być dumna (nakazuje przemysłowi przedstawiać dowody naukowe na nieszkodliwość nowej substancji chemicznej przed dopuszczeniem jej na rynek), nie wprowadza do nas GMO, nie obniża standardów i nawet stosownym zapisem daje państwom prawo do suwerennych decyzji. Ale jednocześnie umowa ta daje zielone światło dla rozpoczęcia takich zmian.

– Chodzi o korekty w Europie, np. w zakresie sprawniejszego zatwierdzania produktów biotechnologicznych (a więc np. żywności genetycznie modyfikowanej, o co będą zabiegać koncerny), ugruntowania pozycji sądów arbitrażowych do rozstrzygania sporów na linii inwestor – państwo, większej spójności w przepisach stron umowy – wyjaśnia Marcin Wojtalik z Instytutu Globalnej Odpowiedzialności. – Jeśli ktoś ma cel, żeby europejskie zasady dotyczące GMO zostały poluzowane, to CETA jest na to bardzo dobrym pomysłem. Podobnie jeśli chce się wpływać na ustawodawstwo za sprawą regulacji. Cel jest jeden: zmniejszenie swobody działania dla rządów i zwiększenie dla dużych firm. Jak szybko po przyjęciu CETA to nastąpi? Posłużę się przenośnią: jutro nie grozi nam powódź, ale jeśli nie będziemy mieć dobrych wałów ochronnych, to prędzej czy później do niej dojdzie. Nie spodziewam się, że na naszych półkach będziemy mieć po 15 lutego produkty z GMO, i to nieoznakowane. Przynajmniej teoretycznie zasady dopuszczania ich na rynek europejski zostają takie same. Ale otwiera się furtka, by je zmieniać.

W podobnym tonie wypowiada się Maria Świetlik, ekspertka z Akcji Demokracja. – W CETA nie ma żadnego mechanizmu gwarantującego zasadę ostrożności. Za to w rozdziale poświęconym współpracy regulacyjnej wpisana jest tzw. zasada dowodu naukowego, na mocy której w Kanadzie stosuje się w produkcji zwierzęcej hormony i inne substancje u nas niedopuszczalne. Świetlik zaznacza, że co prawda obecnie nie wolno w Unii sprzedawać mięsa z hormonami i żywności GMO (z wyjątkiem jednej odmiany kukurydzy), ale z punktu widzenia koncernów zza Atlantyku to bariera handlowa do usunięcia w przyszłości. Obszerne fragmenty rozdziału o współpracy regulacyjnej to jeden z mechanizmów służący obniżaniu standardów.

Kto zyska, kto straci – nie wiadomo

Negocjacje w sprawie CETA zakończono w 2014 r., ale w okresie prawnej weryfikacji tekstu zmieniono jeszcze zapisy umowy w – szczególnie kontrowersyjnym – zakresie rozstrzygania sporów inwestor – państwo. 30 października 2016 r. CETA została podpisana. Podjęto też decyzję o jej tymczasowym stosowaniu. Warunkiem politycznym dla jego rozpoczęcia jest wyrażenie zgody przez Parlament Europejski na zawarcie umowy, co zapewne stanie się właśnie dzisiaj. Potem konieczne będą ratyfikacje przez państwa członkowskie zgodnie z ich procedurami wewnętrznymi. W Polsce umowę ratyfikuje prezydent, po uprzedniej zgodzie parlamentu, wyrażonej w ustawie. Ta skomplikowana procedura jest konsekwencją uznania CETA za umowę mieszaną, a więc taką, w której mamy do czynienia z podziałem kompetencji. – Tymczasowe stosowanie nie jest niczym zaskakującym w umowach mieszanych – wyjaśnia dr Magdalena Słok-Wódkowska z UW. – Tymczasowe stosowanie będzie dotyczyć tylko relacji handlowych. Aż do momentu ratyfikacji przez wszystkie państwa członkowskie zawieszona będzie jej część inwestycyjna.

Zwolennicy CETA czekają na wzrost PKB, który długoterminowo (według analiz KE z 2011 r.) ma wynieść w UE 0,02–0,03 proc., a w Kanadzie 0,18–0,36 proc., oraz wzrost eksportu (UE: 0,05–0,07 proc., Kanada: 0,54–1,56 proc.). Czekają też na zniesienie 98 proc. ceł, co może pozwolić unijnym, a więc i polskim firmom, także MSP, wejść na nowy rynek. Likwidowanie ograniczeń w dostępie do zamówień publicznych, otwarcie rynku usług dla przemysłu lotniczego, chemicznego, energetyki, branży budowlanej, meblarskiej czy przetwórstwa rolno-spożywczego to deklaracje Ministerstwa Rozwoju.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Z tym optymizmem polemizuje Marcin Wojtalik. – Potencjalne korzyści zależą od wielu czynników. Z dwóch zakładów chemicznych jeden może sobie radzić doskonale, ale drugi niczego nie zyska. Obniżenie ceł pomoże silnym graczom, a słabym albo szkodzi, albo pomoże w niewielkim stopniu. Tymczasem ekwilibrystyka erystyczna w kontekście pytań, kto straci, kto może zyskać, jest niezwykła. Raz argumentem za CETA jest to, że są branże, które już sobie dobrze radzą w Kanadzie i mogą zyskać więcej, a raz, że są takie, których jeszcze na tym rynku nie ma i będą mogły na niego wejść – ocenia.

Europosłanka Krystyna Łybacka twierdzi, że umowa gwarantuje uprzywilejowaną pozycję przede wszystkim wielkim koncernom. – Jestem za wzrostem inwestycji, ale trudno mi uwierzyć, że szansę będą mieć małe firmy. Z dużymi zresztą też nie ma pewności. Mówi się, że zyski może odnieść przemysł chemiczny. Spotkałam się z przedstawicielami tej branży i co usłyszałam? Że być może tak by się stało, gdyby przygotowana była jednocześnie odpowiednia infrastruktura, jaką zabezpieczają sobie koncerny francuskie i niemieckie – podsumowuje prof. Łybacka.

Gospodarstwa rodzinne kontra rolnictwo przemysłowe

Nie jest tajemnicą, że największe trudności podczas negocjacji dotyczyły rolnictwa. Problemy mogą dotknąć nie tylko polskich rolników, ale ogólnie europejskich, co w perspektywie długofalowej może mieć też znaczenie dla konsumentów. Różnice między UE a Kanadą, jeśli chodzi o branżę rolniczą, są ogromne. Przede wszystkim struktura. W Kanadzie są to głównie gospodarstwa wielkoprzemysłowe, w UE rodzinne. CETA może ułatwić rozwój wielkoskalowego modelu rolnictwa przemysłowego, opartego na uprawach z masowym stosowaniem nawozów sztucznych, herbicydów i coraz silniejszych pestycydów, a to przełoży się na jakość żywności. W Kanadzie mniejsze są koszty energii, obowiązują mniej rygorystyczne normy dotyczące dobrostanu zwierząt, produkcja rolna jest mocno dotowana. Jak w tej sytuacji poradzą sobie małe unijne gospodarstwa – trudno przewidzieć, bo w analizach KE nie ma tak szczegółowych danych. – Obecnie kilka tysięcy ton kanadyjskiej wołowiny i wieprzowiny można sprowadzić bez cła. Po przekroczeniu tej kwoty konieczne byłoby zapłacenie tego „podatku”. Tych narzuconych kwot (jako kary za unijny zakaz stosowania hormonów w produkcji mięsa) kanadyjscy producenci nie wykorzystywali jak dotąd, bo gros ich produkcji opiera się na hormonach i nie spełnia europejskich norm – mówi Maria Świetlik.

Tymczasem CETA zwiększa te kwoty kilkunastokrotnie, do poziomu kilkudziesięciu tysięcy ton. W jakim celu? – Albo kanadyjscy producenci po cichu liczą, że zakaz mięsa na hormonach zostanie zniesiony, albo na mocy NAFTA i zapisanej w CETA klauzuli regionalnej okaże się, że kanadyjskie mięso de facto pochodzi z USA – zastanawia się Świetlik.