Choć w ostatnich tygodniach głośno było o dużych ratunkowych emisjach akcji dokonywanych przez włoskie banki, to w skali całego kontynentu sektor bankowy pozyskał w mijającym roku mniej pieniędzy od inwestorów niż w poprzednich latach. Uwzględniając zapowiedzianą emisję akcji UniCredit, największego banku z Włoch, i dokapitalizowanie Monte dei Paschi di Siena (najstarszego istniejącego banku na świecie i trzeciego pod względem skali działania na Półwyspie Apenińskim), wartość tegorocznych ofert nie przekracza 58 mld euro – wynika z danych agencji Bloomberga. W każdym z trzech poprzednich lat wartość ofert przekraczała 100 mld euro. Nie znaczy to jednak, że europejskie banki są w komfortowej sytuacji i nie muszą szukać dodatkowego kapitału.

Problemem sektora jest rentowność. O wzrost dochodów trudno w warunkach rekordowo niskich stóp procentowych – wynik odsetkowy to dla banków główne źródło wpływów. Główna stopa w strefie euro jest na poziomie ujemnym. To powoduje, że uzależnione od stóp rynkowych oprocentowanie kredytów, np. inwestycyjnych dla przedsiębiorstw, niewiele przekracza zero. A jednocześnie banki nie są w stanie skompensować utraty tych przychodów, obniżając oprocentowanie depozytów (próby wprowadzania ujemnych stawek dla klientów były dotąd stosunkowo nieliczne). Do tego dochodzą straty, jakie banki ponoszą w związku z niespłacanymi kredytami. To szczególnie dotkliwe w krajach najmocniej dotkniętych przez kryzys, jak np. Włochy. Ale problemy z jakością portfela mają też kredytodawcy w Niemczech, uchodzących za najmocniejszy punkt unii walutowej.

Niewielka dochodowość to brak najważniejszego źródła wzrostu kapitału w bankach – zatrzymanego zysku, niewypłaconego akcjonariuszom w postaci dywidendy. To z kolei nie pozwala na szybkie zwiększanie skali działania (żeby sprzedawać nowe kredyty, banki nie tylko muszą mieć na nie środki, np. z depozytów, odpowiednia część musi być zabezpieczona funduszami własnymi). Niechęć do rozwijania akcji kredytowej odbija się na koniunkturze gospodarczej w całej strefie euro. Słaba koniunktura powoduje, że firmy, które już są zadłużone, często nie radzą sobie ze spłacaniem zobowiązań wobec banków. Koło się zamyka.

Ale to niejedyny powód, dla którego banki z krajów Europy Zachodniej mogą wkrótce stanąć przed koniecznością szukania inwestorów, którzy zechcą wzmocnić ich kapitał. Kolejnym czynnikiem są wymogi kapitałowe.

Zgodnie z obowiązującymi dziś standardami – określanymi jako Bazylea III (od funkcjonującego przy Banku Rozliczeń Międzynarodowych w Bazylei komitetu nadzorców, którzy określają zasady ustalania wymogów) – banki z krajów Unii Europejskiej na ogół spełniają wymogi. Na ogół, bo niektóre mają problemy ze zdaniem stress testów przeprowadzanych przez Europejski Bank Centralny. Ostatnio najbardziej znany taki przypadek to włoski Monte dei Paschi. Ale np. Deutsche Bank – największy gracz na niemieckim rynku bankowym – przeszedł ostatni stress test dlatego, że EBC pozwolił mu na uwzględnienie efektów transakcji, która jeszcze nie została zamknięta.

Dodatkowy kłopot: Komitet Bazylejski rozmawia właśnie na temat Bazylei IV. Może ona pogorszyć pozycję zachodnioeuropejskich banków. Dziś, by spełnić wymogi nadzorcze, potrzebują one stosunkowo niewiele kapitału, ponieważ stosują zaawansowane metody statystyczne, które pozwalają im stwierdzić, że ryzyko ich portfeli jest stosunkowo niewielkie. Amerykanie – u nich podobnie jak np. w Polsce obowiązuje „podejście standardowe” (tzw. wagi ryzyka są ustalane przez regulatorów) – obstają przy tym, by ograniczyć bankom swobodę. Według specjalistów może się to skończyć koniecznością dokapitalizowania europejskich banków kilkuset miliardami euro.

Zarówno w przeszłości, jak i obecnie (przykładem są banki włoskie) nierzadko zdarzało się, że gdy brakowało prywatnych inwestorów, konieczne było zaangażowanie państwa.

Inwestorzy częściej tracili, niż zarabiali

Zgodnie z danymi agencji Bloomberga zaangażowanie w nowe emisje europejskich banków najczęściej wiązało się ze stratami. Kilkudziesięcioprocentowe – średnio rzecz biorąc – straty ponieśli uczestnicy ofert z lat 2009 i 2011. Pierwsi to najczęściej nabywcy walorów banków z Wielkiej Brytanii. One najszybciej próbowały wzmacniać się kapitałowo po wybuchu kryzysu. Dwa lata później nowe walory sprzedawały banki hiszpańskie, ale też Commerzbank, czy... Monte dei Paschi. Na plusie są natomiast ci, którzy uczestniczyli w emisjach z 2016 r. Do największych wygranych należą nabywcy bankowych emisji z 2012 r. Tu średni zysk wynosi 60 proc. Nowi udziałowcy belgijskiej KBC Group pomnożyli włożone w jego akcje pieniądze niemal trzykrotnie, a duńskiego Danske Banku – ponaddwukrotnie. Niechęci inwestorów do akcji europejskich banków dowodzą notowania giełdowego indeksu tej branży. Od wybuchu kryzysu finansowego w 2008 r. stracił on na wartości ponad 40 proc. W tym czasie główny ogólnoeuropejski indeks – Eurostoxx 50 – też jest na minusie, ale niecałe 28 proc. Bankowy indeks słabo prezentował się w pierwszej połowie tego roku. Druga była znacznie lepsza, mimo to cały 2016 r. przynosi niemal 7-proc. stratę.

Polskie banki nie mają problemu z kapitałami. Jednak w ostatnich latach i one przeprowadziły kilka dużych emisji. Przykładowo nabywcy walorów PKO BP z 2009 r. w ciągu siedmiu lat od emisji zarobili ponad 36 proc. (nie licząc dywidend). Z kolei inwestorzy, którzy kilka miesięcy temu kupili walory Alioru, są do przodu ok. 13 proc.