Czy z powodu wojny w Libii i kryzysu w innych krajach Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu Shell ograniczy inwestycje w niestabilnych państwach autorytarnych, którym grozi przewrót?

Już teraz od 60 do 70 proc. naszych dochodów uzyskujemy z inwestycji w krajach OECD. Uważamy, że są to państwa stabilne z punktu widzenia politycznego i finansowego, co daje nam gwarancję utrzymania płynności i wypłaty dywidendy dla naszych akcjonariuszy. Pozostałe 30 – 40 proc. inwestujemy natomiast w bardziej ryzykowne projekty, czy to z punktu widzenia technologicznego, czy politycznego, angażując się w takich krajach, jak Nigeria czy Rosja. Tego udziału nie chcemy zmniejszyć, ale rozłożymy go na więcej państw. Zamiast uzyskiwać 30 proc. obrotów z Bliskiego Wschodu, możemy więcej inwestować w inne ryzykowne regiony świata.

Wstrząsy na Bliskim Wschodzie zaskoczyły Shella?

Mamy własne biuro badań strategicznych, które przewidziało podobny scenariusz, choć nie spodziewaliśmy się, że to nastąpi tak szybko. Już pięć lat temu prognozowaliśmy także znacznie wyższe niż wówczas ceny ropy. I to się sprawdziło. W tej branży inwestuje się w perspektywie 40 lat i trzeba się opierać na długotrwałych prognozach.

Czy w czasie tych 40 lat reżim w Arabii Saudyjskiej upadnie?

Proszę o następne pytanie.

Na ile brak stabilności na Bliskim Wschodzie może spowodować trwały wzrost cen ropy i zagrozić wzrostowi światowej gospodarki?

W nadchodzących latach OPEC ma odpowiednie narzędzie, aby utrzymać ceny ropy w przedziale 80 – 90 dolarów za baryłkę. Wolne moce produkcyjne w Arabii Saudyjskiej są wystarczające, aby zastąpić eksport Libii czy innego małego eksportera. Dlatego na razie większy wpływ na ceny ropy będą miały skutki trzęsienia ziemi w Japonii i ewentualny spadek notowań z powodu wolniejszego tempa wzrostu japońskiej gospodarki. Jednak w dłuższej perspektywie ceny ropy będą rosły, bo podaż z łatwo dostępnych źródeł nie nadąży za popytem w krajach wschodzących. Musimy też przyzwyczaić się do tego, że rynek będzie o wiele mniej stabilny niż wcześniej. Jeszcze 10 – 15 lat temu zmiana kursu w ciągu dnia o 1 dolara powodowała duże napięcia. Dziś zmiany te często przekraczają 10 dolarów.

Czym to jest spowodowane?

Jednym z powodów jest ryzyko polityczne. Trudno tu o jakieś precyzyjne liczby, jednak nawet 20 dolarów w obecnej cenie ropy jest spowodowane właśnie tymi czynnikami. Innym problemem jest duży udział graczy, którzy fizycznie nie posiadają surowców, ale przeprowadzają jedynie operacje finansowe. 10 lat temu stanowili oni około 25 proc. rynku, podczas gdy koncerny naftowe jak Shell – 75 proc. Teraz proporcje się odwróciły.

Katastrofa elektrowni atomowej w Japonii może wstrzymać program rozwoju energetyki jądrowej w wielu krajach świata. Czym zastąpić ten ubytek, skoro równocześnie mają rosnąć ceny ropy z powodu niestabilności w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie?

Cały układ na rynku energii zmienił się dzięki nowym technologiom wydobycia gazu. Pokłady, które do niedawna były uznawane za nieopłacalne, teraz warto eksploatować, a Międzynarodowa Agencja Energii uważa, że przy obecnym tempie zużycia wystarczy surowca na 250 lat. Przez ostatnie 10 lat nastąpił fenomenalny wzrost eksportu LNG przez Katar, teraz spodziewamy się podobnego skoku w Australii. Największą rewolucję spowodował jednak gaz łupkowy. Dzięki temu Stany Zjednoczone, do niedawna jeden z największych importerów gazu, mogą przez najbliższe 100 lat zaspokoić swoje potrzeby, a być może nawet eksportować gaz LNG. Produkcja gazu rośnie w USA w fenomenalnym tempie, a ceny spadają. W Europie już takiego boomu nie będzie. Mimo wszystko takie kraje jak Niemcy i Szwecja, a przede wszystkim Polska i Ukraina, powinny w perspektywie 5 – 6 lat rozwinąć wydobycie gazu z łupków na skalę przemysłową i znacząco zmniejszyć zależność od importu.