Stał się pan jednoosobowym adwersarzem rządu. Ostatnio pełno pana w mediach. Co się stało?

Ależ ja nie planuję, że dziś będzie mnie mało w mediach, a jutro stanę się gwiazdą. Jeżeli coś niedobrego dzieje się w życiu publicznym, staram się reagować. I próbuję to robić z maksymalną skutecznością.

Odnoszę się do kwestii, które uważam za ważne, zwłaszcza gdy widać zagrożenia dla rozwoju gospodarczego Polski oraz jakości demokracji. Zabierałem np. głos w sprawie naprawy finansów publicznych, próby przejęcia przez państwowy bank PKO BP prywatnego BZ WBK, fuzji dwóch państwowych przedsiębiorstw energetycznych PGE i Energi. Najpoważniejsze są jednak ostatnie zmiany w systemie emerytalnym.

W sprawie OFE jest pan rzeczywiście skuteczny. Pana krytyka była nawet tematem spotkania zarządu Platformy Obywatelskiej. Uważają, że przez pana tracą w sondażach.

Nie jestem przeciwnikiem rządu, tylko merytorycznym przeciwnikiem złych działań.

Podobno Hanna Gronkiewicz-Waltz stwierdziła, że Leszek Balcerowicz za wszelką cenę chce wrócić do gry, a Donald Tusk przytaknął.

Jeśli to prawda, ze zdziwieniem stwierdzam, że coraz większa liczba polityków uważa, że potrafi czytać w cudzych myślach. Może należałoby stworzyć listę takich politycznych telepatów.

Nie ciągnie pana do polityki?

Ale ja jestem w polityce – obywatelskiej. Działam w ramach społeczeństwa obywatelskiego. Najważniejsze w demokracji jest wpływanie na bieg spraw poprzez kształtowanie opinii publicznej. Tak jak w krajach zachodnich, zwłaszcza USA, gdzie widzimy potęgę niektórych think tanków.

Ale w instytucjonalnej polityce forsowanie swoich poglądów jest łatwiejsze. Politycy liczą się z opiniami polityków, a nie ekonomistów.

Niczego nie forsuję. Staram się przedstawiać dowody i argumenty.

Trzeba przeciwstawiać się prądom roszczeniowym. Jeśli tego nie robimy, to każdy rząd, nawet najlepszy, będzie się pod nimi uginał. Tak było w Grecji przez wiele lat, a nawet w Wielkiej Brytanii za Gordona Browna, który choć pozował na żelaznego, był kanclerzem plastelinowym. Za jego czasów wydatki publiczne rosły szybciej niż PKB i kraj szedł, jak w latach 70., w kierunku katastrofy gospodarczej. Na takich przykładach powinniśmy się uczyć i pokazywać, czego unikać.

Donaldowi Tuskowi bliżej do Thatcher czy Browna?

Pani Thatcher nie demonizowała reform, nazywając je „cięciami”.

Zawiódł się pan na tym rządzie?

Nie chcę wystawiać etykietek. Zwracam za to uwagę na sprawy, które mnie niepokoją. Jedną z nich stało się odstąpienie od drogowskazu, jakim jest ograniczenie ingerencji polityki w gospodarce i w społeczeństwie. Oto nagle w połowie ubiegłego roku dowiadujemy się o planie faktycznej nacjonalizacji BZ WBK. Inny drogowskaz to pielęgnowanie konkurencji. Tu z kolei mamy próbę przejęcia Energi przez PGE. Nie mogę zrozumieć, dlaczego rząd tak postępuje. Przecież to działania neutralne z punktu widzenia poparcia wyborców. Nie ma z nich zysków politycznych, a tworzą zagrożenie dla gospodarki i rozdymają rolę polityki w społeczeństwie.

Bo może poglądy gospodarcze PO upodobniły się do PiS.

Na pewno atutem Platformy było dotąd to, że główną opozycję stanowi PiS. To naprawdę wielki kapitał. Podobnie jak w meczu piłkarskim, wynik zależy w decydującym stopniu od tego, z kim się gra. Tylko że skoro mamy taki dar losu w rywalizacji politycznej, trzeba go wykorzystywać w dobrej sprawie i robić więcej dla rozwoju kraju. Dlatego z niepokojem patrzę na niektóre działania rządu co najmniej od połowy ubiegłego roku. Po przeprowadzeniu reformy emerytur pomostowych mamy zaskakujący regres. Propozycja trwałego cięcia składek do OFE jest jaskrawym ruchem antyreformatorskim.

Inaczej uważa minister finansów Jacek Rostowski. Czy dojdzie do zaproponowanej przez niego debaty z panem na temat OFE?

Dyskusja już trwa. Nie należy jednak mylić debaty z pseudodebatą, czyli czytaniem w myślach i naklejaniem etykietek typu: my proponujemy racjonalną korektę, a oni cięcia. Słuchałem niedawno w Tok FM ministra Sławomira Nowaka, który powiedział, że ZUS to solidarność, a OFE nie wiadomo co. O ile dobrze pamiętam, podobnym przeciwstawieniem posługiwało się chętnie PiS. Miała być albo Polska solidarna, albo ta gorsza – liberalna.