Na początku stycznia Międzynarodowy Fundusz Walutowy opublikował na swoich stronach internetowych artykuł, który przez media został zinterpretowany, jako przyznanie się do porażki w walce z kryzysem w strefie euro. Powagi sprawie dodaje fakt, że współautorem tekstu jest sam główny ekonomista MFW – Olivier Blanchard. Skoro program cięć na południu Europy był źle przemyślany, to czy zmienić się również powinna strategia postępowania w innych krajach, które mają poważne problemy budżetowe?

By odpowiedzieć na to pytanie, przybliżmy, co właściwie we wspomnianej publikacji ustalono. Głównym jej tematem były prognozy wzrostu gospodarczego dla krajów podejmujących wysiłek ograniczenia deficytów budżetowych w trakcie kryzysu. Zauważono, że im większy zakres fiskalnego dostosowania, tym mniejsza szansa na trafną prognozę. W dodatku analitycy (w tym ci pracujący dla MFW) mylili się zawsze w tę samą stronę – ich przewidywania były nadmiernie optymistyczne. W praktyce okazało się więc, że kraje, które realizowały program oszczędności pod kierownictwem Funduszu, osiągały znacznie gorsze wyniki gospodarcze, niż prognozowała instytucja, która owe programy zalecała.

Jaki jest mnożnik w kryzysie?

Używając języka bardziej technicznego, ekonomiści MFW przyznają się, że źle oszacowali wielkość mnożnika wydatkowego. Zakładali bowiem, że każde euro odjęte ze świadczeń społecznych lub pozyskane od obywateli w wyniku podwyżki podatków obniża PKB o 50 eurocentów. Tymczasem obliczenia ex post wskazują na negatywny wpływ na poziomie nawet 1,7 euro, a więc ponad trzy razy silniejszy. Skąd jednak, mógłby ktoś spytać, w ogóle bierze się ujemny wpływ obniżania wydatków rządowych na PKB? Obniżka wydatków przy jednoczesnym obniżeniu potrzeb pożyczkowych rządu oznacza przecież więcej środków do dyspozycji na prywatne inwestycje.

Na dłuższą metę rzeczywiście tak jest – zmiana sposobu wydawania pieniędzy nie powoduje, że mniej ich mamy. Jednak w krótkim okresie tak się nie dzieje. Po pierwsze inwestycje nie rosną natychmiast po obniżeniu się deficytu budżetowego, zwłaszcza gdy ogólne warunki rynkowe nie sprzyjają decyzjom o rozpoczynaniu nowych projektów. Po drugie bezrobotni, którzy wcześniej pracowali w instytucjach utrzymywanych przy życiu dzięki wydatkom rządowym, nie znajdują pracy natychmiast. Przez jakiś czas ich dochody, a więc i wydatki, są niższe. Po trzecie, co szczególnie istotne w przypadku krajów południa Europy, rząd niekoniecznie musi korzystać z oszczędności własnych obywateli. Zmniejszenie potrzeb pożyczkowych spowoduje, że większe środki pozostaną w dyspozycji zagranicznych banków bądź Europejskiego Mechanizmu Stabilizacyjnego. Te instytucje zaś z pewnością nie będą wydawać ich w Grecji.

Zrozumienie powodów, dla których mnożnik fiskalny w ogóle jest większy od zera, ułatwia wytłumaczenie, dlaczego w Grecji czy Hiszpanii okazał się aż tak wysoki. Zadecydowała o tym utrzymująca się niepewność, która hamowała prywatne inwestycje. Miała ona źródło przede wszystkim w groźbie bankructwa rządu i płynącym z niej zagrożeniu dla sektora finansowego, będącego jego największym wierzycielem. Nie bez znaczenia była też duża skala jednorazowego dostosowania, co przełożyło się na masowość zwolnień pracowników. Wielkość cięć przekłada się bowiem na wzrost bezrobocia w sposób niejednolity. Póki wywołany oszczędnościami budżetowymi spadek popytu jest niewielki, firmy zmniejszają produkcję i zarabiają trochę mniej. Dopiero od pewnego momentu, gdy postrzegają sytuację jako poważną i trwałą, decydują się na ograniczenie zatrudnienia.