Te recepty mogą nas zaprowadzić prosto do gospodarczego piekła. Tydzień temu wykazałem absurd głównej tezy Krugmana „mój wydatek to twój dochód”. Dzisiaj pokażę, jak amerykański ekonomista manipuluje danymi, żeby wprowadzić w błąd czytelnika i czym może skutkować postulowany przez niego wzrost długu publicznego.

Krugman słusznie twierdzi, że trwający od czterech lat kryzys gospodarczy wynika z braku popytu. Do tej pory ludzie, firmy i rządy zadłużały się na potęgę i za pożyczone pieniądze kupowały nowe towary i usługi. Ponieważ popyt silnie rósł, trzeba było zwiększyć produkcję, na całym świecie powstawały nowe fabryki, rosło zatrudnienie. Ten olbrzymi popyt wynikał jednak z silnego wzrostu kredytu, a skala należności osiągnęła takie rozmiary, że ludzie się przestraszyli i nie chcą się dalej zadłużać. Wręcz przeciwnie, oszczędzają i spłacają długi. Popyt sektora prywatnego spadł i mamy kłopot.

Zgadzam się w pełni z diagnozą Krugmana. Postuluje on jednak, by ubytek popytu wypełnił rząd, który ma zacząć masowo zwiększać wydatki. Władzom brakuje oczywiście własnych środków, więc Krugman proponuje, żeby rządy zaczęły na potęgę pożyczać i wydawać pieniądze. Oczywiście wtedy powstaną nowe długi, co zdaniem wielu ekonomistów może doprowadzić do bankructw banków i państw. Krytycy argumentują, że przecież już obecnie oficjalne zadłużenie USA to około 100 proc. dochodu narodowego, a w strefie euro również wiele krajów zbliża się do tego poziomu – podają przykłady Grecji, Hiszpanii i Włoch, które mają poważne problemy wynikające ze zbyt dużego zadłużenia. W odpowiedzi Krugman przywołuje przykład Japonii, której zadłużenie wynosi ponad 200 proc. dochodu narodowego, oraz historyczne przykłady USA i Wielkiej Brytanii, gdzie zadłużenie znacznie przekraczało 100 proc. dochodu narodowego, ale na skutek olbrzymich wydatków rządowych i pewnego wzrostu inflacji udało się rozkręcić koniunkturę, a z czasem zadłużenie w relacji do dochodu spadło.

Krugman przemilcza fakt, że poza oficjalnym długiem publicznym istnieją jeszcze zobowiązania rządów wobec przyszłych pokoleń emerytów, tzn. rządy przyjęły na siebie obowiązek wypłacenia świadczeń w określonej wysokości. Komisja Europejska szacuje, zakładając umiarkowanie optymistyczny scenariusz wzrostu gospodarczego, że te zobowiązania powodują, iż w 2060 r. dług publiczny w Unii Europejskiej będzie zbliżony do 500 proc. dochodu narodowego Wspólnoty. To jest prawdziwa skala zadłużenia rządów w Unii: nie prawie 100 proc. PKB, tylko 500 proc. W przeszłości nie było takich problemów, więc niektóre kraje – te największe, filary gospodarki światowej – mogły zadłużyć się na potęgę, zwiększyć wydatki (na przykład na zbrojenia), rozkręcić koniunkturę i z czasem wyjść z pułapki zadłużenia. Teraz, gdy ukryty dług publiczny w wysokości 500 proc. PKB będzie się ujawniał z każdym rokiem, ta strategia jest niemożliwa do realizacji. Wydatki i tak będą drastycznie rosły z powodu starzenia się społeczeństwa Unii Europejskiej.

Noblista przemilcza fakt, że poza oficjalnym długiem publicznym istnieją jeszcze zobowiązania rządów wobec przyszłych pokoleń emerytów

Oczywiście jest sposób na ograniczenie ukrytego długu. Można ludziom powiedzieć, że ich emerytury w przyszłości będą znacznie niższe (o ponad połowę od wcześniej obiecanych), albo zmusić ich do pracy do 67., 70. lub nawet 75. roku życia. Tylko wtedy, świadomi grożących im głodowych państwowych emerytur, jeszcze bardziej zwiększą oszczędności, pogłębiając recesję.

Krugman sugeruje, żeby się tym nie przejmować. Pokazuje, że mimo iż Japonia ma ponad 200 proc. oficjalnego długu publicznego w relacji do PKB, stopy procentowe w tym kraju są na poziomie bliskim zera, więc rząd, pożyczając pieniądze, by zwiększyć wydatki, nie ponosi z tego tytułu istotnych kosztów. To prawda, ale krajów, które mogą tak zrobić, jest zaledwie kilka na świecie. Japonia, USA, Niemcy, Szwajcaria – i na tej czwórce prawdopodobnie lista się kończy. Gdyby inne rządy spróbowały zastosować taką strategię, skończyłyby tak jak Hiszpania lub Włochy, płacąc 6 – 7 proc. odsetek, lub jak Grecja – bankrutując.

Żeby te cztery kraje dały impuls wzrostowy światowej gospodarce, skala wzrostu ich wydatków rządowych i deficytów budżetowych musiałaby być olbrzymia. To rodzi ryzyko, że nawet w tych miejscach, postrzeganych dzisiaj jako bezpieczne zatoki, mogłoby dojść do paniki. Łatwo byłoby dojść do wniosku, że rządy będą miały problemy ze spłatą tak gigantycznych zobowiązań. Oczywiście nie teraz, gdy świat ponownie pogrąża się w recesji i inwestorzy tak chętnie zabezpieczają swoje oszczędności w tych krajach, że płacą rządowi Niemiec i Szwajcarii za przywilej lokowania pieniędzy w obligacjach przez nie emitowanych (czyli oprocentowanie niektórych papierów dłużnych Niemiec czy Szwajcarii jest ujemne). Jednak za kilka lat taka panika stałaby się prawdopodobna. A wówczas moglibyśmy mieć kryzys o skali większej niż Wielka Depresja sprzed 80 lat. Dlatego pomysł Krugmana jest iście diabelski.

W kolejnym, trzecim, kręgu piekieł, za tydzień, pokażę, do czego doprowadzi postulowany przez amerykańskiego ekonomistę masowy druk pieniądza.