Zresztą ministra do końca kadencji rządu czeka pewnie jeszcze kilka standardzików – np. jakaś demonstracja w stolicy, a po wyborach, jeżeli Grad, tak jak zapowiadał, odejdzie ze stanowiska, ciąganie po sądach i trybunałach. Powód? Kolejny standardzik – wyprzedaż za bezcen narodowego majątku.

Tymczasem Aleksander Grad nie prowadził polityki wyprzedaży narodowego majątku ani za bezcen, za co mu chwała, ani w ogóle, co już gorzej. Owszem, w porównaniu z poprzednikiem z PiS, który z bezczynności uczynił cnotę, jest prywatyzacyjnym herosem. Ale do historii przejdzie zapewne nie jako minister dobry, twardo przeprowadzający niektóre projekty, jak rozwiązanie konfliktu w PZU, ale jako minister, który nie wykorzystał do końca swoich szans.

A szkoda. Jego kadencja była dobrym momentem, by energetykę prywatyzować, a nie – upubliczniać. By nie szukać łatwych pieniędzy z emisji PKO i PZU. By konsekwentnie promować pomysł akcjonariatu obywatelskiego. Co się z nim dzieje, po początkowych sukcesach, widać np. po uzależnionych od łaski związkowców giełdowych planach dotyczących JSW. Oby ewentualna klęska tej prywatyzacji nie stała się niespodziewaną i bardzo złą puentą kadencji Aleksandra Grada.