Ciągle czegoś od nas chcą. W zeszłym roku Bruksela o mało nie zepsuła nam wiekopomnej umowy z Rosjanami. Rząd chciał nas związać z rosyjskim gazem na wieki wieków, a z powodu nadaktywności komisarza UE ds. energii Guenthera Oettingera skończyło się na zaledwie 12 latach. Komisarz ma twardą skórę, bo wcale się nie obraził, chociaż nie zaprosiliśmy go na podpisanie umowy z Rosjanami. A kontrakt z Gazpromem sprawdzał tak dokładnie, jakby nie wierzył w ani jedno słowo Warszawy.

Nie on jeden ma nam coś za złe. Nie dalej jak w poniedziałek szef Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso oświadczył, że spodziewa się konkretnych projektów integracji energetycznej Europy, a nie kolejnych deklaracji. Czy miał na myśli wszystkie kraje UE, czy wytknął coś polskiemu rządowi? Do końca nie wiadomo, ale do takiego oświadczenia musiała zainspirować go rozmowa z Donaldem Tuskiem, bo mówił o tym po spotkaniu z naszym premierem. Nie wiadomo, czy Barroso doczeka się konkretów, bo czasu zostało niewiele: szczyt energetyczny przywódców UE już w piątek, a spotkanie z państwami Grupy Wyszehradzkiej – w czwartek.

Unia nas dociska. Domaga się, byśmy zbudowali połączenie gazowe z Litwą, a to, że mamy gigantyczne problemy polityczne z Wilnem, specjalnie jej nie obchodzi.

Do tego wtyka nos w nie swoje sprawy. Tak jak z naszym deficytem. Przecież minister finansów Jacek Rostowski wyraźnie powiedział, że poradzi sobie z długami państwa. A Bruksela mu nie wierzy, do tego domaga się wyjaśnień na piśmie, tak jakby gesty i słowa w relacjach Komisja Europejska – Warszawa nie miały już żadnego znaczenia. Co gorsza, czepianie się naszych finansów to już nie wybryk jakiegoś nadgorliwego komisarza, ale problem unijny, bo wytknął nam to nawet Barroso.

Dlaczego Bruksela nie chce nas zostawić w spokoju? Na pewno sami sobie potrafimy poradzić, pomysłów nam przecież nie brakuje. Deficyt da się przecież załatać, demontując jakąś kolejną reformę. A bardziej kreatywne pomysły? Możemy dać większe zasiłki bezrobotnym, wydać miliardy na niekończące się remonty torów kolejowych, kupić za setki milionów szybkie pociągi, które i tak nie pojadą szybciej niż sprawna dorożka, albo wydać fortunę na kolejną misję wojskową, na przykład na Saharze.