Bo otóż z tymi stoma miliardami jest jak z misiem – znamy tę liczbę. Kiedyś straszył nią nawet minister Bauc, ale – aby nie wracać do historii – ponad rok temu zasugerował ją profesor Gomułka. No tak, ale ten profesor i swego czasu wiceminister finansów, a nawet człowiek łebski, już nie był związany z rządem PO, kiedy sto miliardów oszacował. A jak ktoś nie jest z PO, to znaczy, że nie jest autentyczny, wiarygodny, a przede wszystkim – obiektywny.

Coś państwu powiem, ale tylko na ucho. Profesor Gilowska to nawet wcześniej niż Gomułka doliczyła się tej stówy. Ale, przecież, była ona kiedyś w PO – by jednak być potem w PiS. No i chociażby starła się z ministrem Rostowskim w sprawie, no na przykład, że Ziemia to kula, a nie kwadrat, to i tak by baba przepadła. Nie, że baba, ale że pisowska profesorka. Na domiar złego o długach i deficytach zaczął się wypowiadać profesor Rybiński. Ale co to za profesor, który krytykuje PO, prawda? Popędzono mu kota, że aż miło.

Nagle, ni z gruszki, ni z pietruszki, o stu miliardach powiedział minister Rostowski. I to jeszcze, „że wszystkim wiadomo”. No, wiadomo, ale nie od tych, co trzeba – czyli nie wiadomo. Dopiero teraz wiadomo naprawdę.

Już wolno mówić, że nie jest dobrze. Jeszcze nie wolno mówić, że rząd nie wie, co dalej robić.