Z jednej strony fatalne warunki atmosferyczne, upały i powodzie, które zmyły niejedną drogę, most czy fabrykę, a z drugiej strony przyspieszająca gospodarka. Od tego tylko krok od wyciągnięcia fałszywych wniosków.

Kiedy spadły na nas te wszystkie nieszczęścia, liczni politycy zaczęli twierdzić, a może tylko pocieszać, że odbudowa kraju po szkodach poczynionych przez żywioł rozkręci gospodarkę. Wiadomo, wzrosną zamówienia na stal, asfalt, cegły czy środki czyszczące. I rzeczywiście, mamy zaskakująco wysoki wzrost PKB i zaskoczonych ekonomistów. Czyżby nie mieli racji, a mieli ją politycy? Oczywiście nie. Huragan Katrina jakoś nie pomógł Amerykanom w 2005 roku. Nie doprowadził do przyspieszenia wzrostu gospodarki. Obawiam się, że ostatnie dane GUS o gospodarce (3,5 proc. wzrostu w II kw. w skali roku), źle interpretowane, mogą przyczynić się do powrotu takich dziwnych teorii.

Pierwszy rozprawił się z nimi już w XIX wieku znany francuski ekonomista Fryderyk Bastiat w książce „Co widać, a czego nie widać?”. Opowiedział w niej historię o zbitej szybie. Wybija ją syn dobrego mieszczanina Jakuba Poczciwca. Kiedy ojciec głośno narzeka, że będzie musiał zapłacić 6 franków, któryś z gapiów zauważa, iż w sumie nie stało się tak źle. Argumentuje: wymiana przyniesie zarobek szklarzowi. Ten wyda zarobione w ten sposób pieniądze u kogoś innego. Takie przypadki sprzyjają rozwojowi przemysłu i przepływowi pieniądza.

Stąd tylko krok do wyciągnięcia wniosku, że chłopiec nie zrobił nic złego. Przecież wszyscy muszą żyć. Co stałoby się ze szklarzami, gdyby nikt nigdy nie wybijał szyb?

I tu Bastiat przedstawia drugą stronę medalu. Skoro mieszczanin wydał 6 franków na jedną rzecz, nie będzie mógł już ich wydać na inną. Na przykład nie kupi nowych butów. Miałby buty i szybę. A tak będzie miał tylko nową szybę.

Wniosek taki – nie będzie zwiększenia PKB, zyskają tylko tereny zalane, bo tam popłyną pieniądze na odbudowę. Stracą natomiast inni. Jeśli nie teraz, to później. Niszczenie nie może być zyskiem.

Naszej gospodarki nie ciągnie wąski strumień pieniędzy na usuwanie zniszczeń po powodzi, a eksport i rosnąca konsumpcja. Mimo nieszczęść nie przestaliśmy wydawać. Natomiast gdyby nie powódź, mielibyśmy jeszcze szybszy wzrost PKB. Za szkody ktoś musi zapłacić.