Agencja Rozwoju Turystyki, w której ponad 98 proc. udziałów ma rządowa Polska Organizacja Turystyczna. Część akcji ma tam też Polska Izba Turystyki. Wszystkie te instytucje zajmują się promowaniem za granicą turystyki w Polsce. Trzy instytucje powołane mniej więcej w tym samym celu. Każda ze swoimi etatami, budynkami, budżetami. A czy ktoś słyszał, żeby którakolwiek z tych agencji czy izb zrobiła coś poważniejszego dla rozwoju turystyki w jakimkolwiek regionie? Czy ktoś słyszał o jakichś pożytkach płynących z utrzymywania tych kosztownych biurokratycznych tworów? Jeżeli trzeba promować jakiś region czy produkt, wynajmuje się profesjonalną firmę. I tak to właśnie powinno działać. Wynajęcie konkretnej firmy do przeprowadzenia konkretnego programu, podobnie jak to było w przykładzie dotyczącym rolnictwa, jest efektywniejsze niż utrzymywanie przez okrągły rok agencji. Szczególnie jeśli patrzymy na agencję z perspektywy zadań celowych, zastanówmy się, co jest w tym przypadku celem – przeprowadzenie konkretnych programów turystycznych czy rolnych, czy też utrzymanie agencji turystyki, czy rynku rolnego. Na razie chyba to drugie.

Agencja Rozwoju Przemysłu to przykład kolejnego molocha, ma w teorii ratować zagrożone upadkiem przedsiębiorstwa. Oczywiście, taka działalność czasami bywa potrzebna. Są przypadki, w których interes społeczny jest ważniejszy niż czysty zysk finansowy. Można by więc powiedzieć, że istnienie tej agencji jest uzasadnione. Ale warto się zastanowić, czy to najlepszy sposób radzenia sobie z problemem upadających przedsiębiorstw? Tym bardziej że jest jeszcze Bank Gospodarstwa Krajowego, który wypełnia podobne funkcje. Działalność Agencji Rozwoju Przemysłu i BGK częściowo się dubluje.

Po co więc kolejne ekipy polityczne mimo zapowiedzi o konieczności likwidacji utrzymują te molochy? Te wszystkie budynki, delegatury, ziemie to siła biurokracji. Pytanie, kto ma tyle odwagi, by przełamać tyranię status quo biurokracji.

Oczywiście agencje są też w pewnym sensie na rękę samym rządzącym – to wygodne synekury do podziału między znajomych i przyjaciół. Jednak jest tyle stanowisk, tyle posad, tyle łupów politycznych do rozdzielenia, że już nie trzeba marnotrawić milionów na utrzymanie tylu nieefektywnych molochów. A likwidacja to proces, który szybko przyniósłby korzyści. Biorąc pod uwagę doświadczenia z restrukturyzacji wielkich korporacji, wystarczy pół roku do roku na przeprowadzenie sensownej likwidacji. Trzeba tylko chcieć.