Oto polityka brutalnie zwyciężyła ekonomię. Zamiast w Tychach nowy Fiat Panda produkowany będzie w fabryce pod Neapolem. To już praktycznie przesądzone. Firma dogadała się z większością central związkowych. Niestety, jeśli sytuacja gospodarcza nie poprawi się szybko, w Europie czeka nas znacznie więcej jaskrawych przykładów protekcjonizmu.

Kiedy w ostatnich dniach traciliśmy Pandę, odpowiedzialny za gospodarkę wicepremier Waldemar Pawlak w ramach prezydenckiej kampanii wyborczej spotykał się ze studentami Politechniki Warszawskiej. Przekonywał jak gdyby nigdy nic, że Polska może być liderem we wprowadzaniu nowoczesnych technologii w przemyśle motoryzacyjnym.

W takim momencie wyobrażałbym sobie raczej Waldemara Pawlaka, a może i samego Donalda Tuska jeżdżących do Rzymu i Brukseli, przekonujących, straszących, oburzających się. Generalnie robiących dużo szumu wokół szkodliwych praktyk protekcjonistycznych. Bo też Fiat nie ukrywa nawet, że ustąpił wyraźnie pod naciskiem włoskich polityków, w tym premiera Silvio Berlusconiego: – Czy widział ktoś, by przenosić produkcję aut z Europy Wschodniej na Zachód? – pytał w wywiadzie dla jednej z włoskich gazet prezes koncernu Sergio Marchionne.

To pytanie szczególnie na miejscu, gdy produkcję odbiera się swojemu najbardziej wydajnemu zakładowi w Europie. A Tychy zdecydowanie górują nad fabryką pod Neapolem. Rachunku ekonomicznego nie ma tu za grosz.

Ministerstwo Gospodarki, delikatnie mówiąc, niewiele zrobiło, by powstrzymać Włochów. A miało sporo czasu. O planach przeniesienia produkcji Pandy do Włoch przedstawiciele Fiata mówili już publicznie w końcu ubiegłego roku. Kierujący resortem Waldemar Pawlak zachowywał w tej sprawie imponujący spokój – „niewątpliwie na Pandzie świat się nie kończy; są jeszcze inne modele”, „jest to korporacja prywatna, która decyduje o tym, gdzie będzie lokowała poszczególne modele”. No i zdecydowała, a 6,5 tys. pracowników w Tychach i setki polskich kooperantów mają teraz problem.

Jak Czesi dali odpór

Inaczej zachowali się przed rokiem Czesi, kiedy Nicolas Sarkozy zażądał od francuskich koncernów, by w zamian za 9 mld euro pożyczki przeniosły produkcję z powrotem do Francji. – Jeśli dajemy pieniądze firmom samochodowym na restrukturyzację, to nie po to, by dowiedzieć się, że kolejna fabryka przenosi się do Czech, czy gdzie indziej – przekonywał Sarkozy, nie przejmując się zbytnio faktem, że dyktowanie takich warunków firmom jest niezgodne z prawem europejskim.

Dla Czech, gdzie znajdują się fabryki Peugeot-Citroen, tego było jednak za wiele. Premier Mirek Topolanek oskarżył Sarkozy’ego o praktyki protekcjonistyczne, a dzień bez piętnowania prezydenta Francji stał się dla niego dniem straconym. Z inicjatywy Czech zwołano szczyt gospodarczy, który potem ogłoszono wielkim triumfem europejskiej solidarności nad narodowym egoizmem. Poklepując się po plecach, unijni przywódcy obiecywali sobie pogrzebanie wszelkich praktyk protekcjonistycznych, a Topolanek, który wcześniej atakował Sarkozy’ego, z dumą pokazywał otrzymane od niego z przeprosinami spinki do mankietów. Bez wątpienia Waldemarowi Pawlakowi czy Donaldowi Tuskowi z francuskimi spinkami też byłoby do twarzy.