Premier Beata Szydło zastrzegła sobie wpływ na obsadę kluczowych stanowisk w spółkach Skarbu Państwa. Za nominacje będzie odpowiadała powoływana przez nią rada ekspertów. Ministrowie dostaną nadzór nad większą liczbą spółek. Ale sporo do powiedzenia będzie mieć kancelaria premiera. Rynek liczy, że polityka właścicielska się ustabilizuje.
Reklama
Notowania PZU / Dziennik Gazeta Prawna

Rewolucja w państwowym zarządzaniu spółkami nabiera rumieńców. Po dymisji ministra skarbu Dawida Jackiewicza oraz zapowiedzi szybkiej kasacji jego resortu rząd idzie za ciosem. Przy kancelarii premiera ma powstać specjalna rada ds. spółek. Będzie złożona z ekspertów z profesorskimi tytułami, którzy wytypują kandydatów do władz państwowych firm. Ekspertów powoła premier. Bez ich zgody ministrowie nie będą mogli mianować władz podległych sobie przedsiębiorstw. Jak mówi Henryk Kowalczyk, przewodniczący Stałego Komitetu Rady Ministrów, wskazania członków rady będą gwarantowały należyty poziom i przygotowanie przedstawicieli zarządów i rad nadzorczych.

– Chodzi o to, by nie było ludzi przypadkowych, by osoby, które będą trafiały do władz, spełniały kryteria merytoryczne – mówi Henryk Kowalczyk.

Docelowy model nadzoru właścicielskiego, jaki wczoraj zaprezentowała premier Szydło, przewiduje, że wszystkie liczące się spółki Skarbu Państwa spod kurateli likwidowanego resortu skarbu trafią pod skrzydła poszczególnych ministrów. To wzmocni ich pozycję.

Z nieoficjalnych informacji wynika, że PZU znajdzie się w strefie wpływów resortu rozwoju, KGHM Ministerstwa Energii, prawdopodobnie także ten resort przejmie nadzór nad Azotami. Formalne decyzje w sprawie podziałów mogą zostać podjęte w październiku.

Zmiany w procedurze nominacji w spółkach są o tyle istotne z punktu widzenia premier, że obecnie szefowa rządu w sprawach kadrowych w spółkach formalnie nie ma nic do powiedzenia. Po zmianach minister, aby powołać kandydata, będzie potrzebował kontrasygnaty rady.

– To poprawi państwową politykę kadrową. Będą dwie strony, które zostaną zmuszone do uzgadniania kandydatur. Taki mechanizm na pewno utrudni indywidualne decyzje ministrów, zwłaszcza te kontrowersyjne, odpowiadające na klasyczne pytanie: „Czy Staszek sprawdzi się w biznesie?” – mówi Jacek Socha, były minister skarbu.

Rada przy premierze będzie również sprawowała finansowy nadzór nad spółkami. Jego szczegółów jak na razie nie opracowano.

Wizja nadzoru właścicielskiego nad spółkami Skarbu Państwa, jaką wczoraj przedstawili premier Beata Szydło i minister Henryk Kowalczyk, kończy epokę prywatyzacji. Wprawdzie mogą być jeszcze zbywane udziały w państwowych firmach, ale dotyczy to niewielkich podmiotów, w których państwo ma często symboliczne udziały, np. 1–2 proc., lub firm w stanie likwidacji. Tym zadaniem zajmie się pewnie Agencja Rozwoju Przemysłu, bo rząd nie chce powoływać nowego podmiotu.
– Polska jest drugim po Węgrzech krajem OECD, jeśli chodzi o liczbę spółek z udziałem Skarbu Państwa. Mamy ich kilkaset, pięć razy więcej, niż wynosi średnia w tej organizacji. Pytanie: po co? – zauważa Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu.
Nadzór nad firmami trafi do ministerstw odpowiedzialnych za poszczególne sektory gospodarki. Oznacza to zadekretowanie widocznej już wcześniej zmiany: spółki nie będą już tylko dostawcą pieniędzy do budżetu w formie wypłat dywidend czy wpływów ze sprzedaży akcji. W zamyśle autorów wdrożenie jej ma ułatwić realizowanie polityk sektorowych i uczynić przedsiębiorstwa narzędziami do ich prowadzenia.
Taki podział wymusi jednak na resortach tworzenie pionów, które wyspecjalizują się w funkcjach nadzorczych. Po części już tak się dzieje, bo niektóre resorty nadzorują pokaźną liczbę firm. W Ministerstwie Energii funkcjonuje departament polityki właścicielskiej i analiz.
Na razie nie jest jasne, jak duże kompetencje nad spółkami będzie miała instytucja, która powstanie przy kancelarii premiera (na pewno będzie odpowiadała za finanse spółek). Ma też powstać rada złożona z naukowców i specjalistów najwyższej klasy, która będzie zajmowała się nominacjami kadry do państwowych spółek.
Były minister skarbu Jacek Socha uważa, że najlepiej, by przy kancelarii premiera powstał departament odpowiedzialny za nadzór nad firmami, natomiast resorty miałyby wpływ na strategię rozwoju firm. – Jeśli kancelaria premiera ma mieć wpływ na sprawy kadrowe, to powinna także prowadzić politykę nadzorczą dotyczącą efektywnego pozyskiwania kapitału, negocjowania z bankami, restrukturyzacji finansowej, czyli tego, co należy do właściciela – mówi Socha.
Eksperci mają wątpliwości, czy resortowość charakterystyczna dla zarządzania państwem nie przeniesie się też na przedsiębiorstwa. Spowodowałoby to tarcia między radą odpowiedzialną za dobór kadr a ministrami.
– Liczę na to, że rozdzielenie spółek między poszczególne resorty nie będzie oznaczało konfliktów. Po to przecież powstał Komitet Ekonomiczny Rady Ministrów – ma on służyć zlikwidowaniu myślenia resortowego o gospodarce i prowadzeniu spójnej polityki, również względem spółek. Wykorzystywanie przedsiębiorstw do prowadzenia polityki gospodarczej rządu też nie musi być problemem, o ile spółki będą przestrzegały ładu korporacyjnego – ocenia Waldemar Markiewicz, prezes Izby Domów Maklerskich.
Resortowy rozdział firm może stwarzać jeszcze jedno zagrożenie. Ministrowie dbający o swoje spółki mogą mieć kłopot z odróżnieniem roli regulatora od właściciela. Z tym wiąże się ryzyko faworyzowania spółek, którymi zarządza dany resort w proponowanych rozwiązaniach prawnych. Henryk Kowalczyk uważa jednak, że niemal roczne działanie sporej części spółek Skarbu Państwa pod niektórymi resortami nie potwierdza takich obaw. – Nie powodowało to jakichś konfliktów, a ułatwiało zarządzanie – podkreśla minister.
Nowa koncepcja oznacza również, że Skarb Państwa cały czas chce odgrywać pierwszoplanową rolę na rynku kapitałowym. To ostateczny koniec epoki, w której państwo jako najlepszy sposób na poprawę zarządzania w państwowej firmie traktowało wpuszczenie do niej kapitału prywatnego. Rząd wprost deklaruje, że nie ma mowy o sprzedaży pakietów w strategicznych przedsiębiorstwach. Skarb Państwa ma dziś bezpośredni wpływ na 10 z 20 największych firm notowanych na giełdzie. Faktycznie kontroluje PZU, potentata na rynku ubezpieczeń, i PKO BP, lidera bankowości.
WIG20, indeks pokazujący zmiany wycen 20 liderów GPW, spadł w ciągu ostatniego roku o 16 proc. Akcje dużej części państwowych firm straciły więcej. Przykładem jest energetyka: Energa straciła ponad połowę wartości, Enea 34 proc., PGE 22 proc. Inwestorzy źle znosili częste zmiany pomysłów na rolę firm w realizowaniu polityki resortu, w którego gestii się znalazły.
Notowaniom nie sprzyjały też skandale związane ze zmianami kadrowymi. Niepokoiła także niestabilność. Były przykłady, gdy zapowiadano wypłatę dywidendy, po czym odwoływano te zapowiedzi. To prowadziło do gwałtownych przecen i w efekcie zniechęcało inwestorów do kupowania akcji.
Przedstawiciele rynku przyjmują zapowiedzi rządu z nadzieją na pozytywne zmiany. – To, jak Skarb Państwa będzie teraz traktował akcjonariuszy mniejszościowych w spółkach giełdowych, będzie miało fundamentalny wpływ na zaufanie do rynku. Profesjonalny dobór kadr, stosowanie przez spółki zasad ładu korporacyjnego, jasna strategia i przejrzysta polityka dywidendowa to podstawowe rzeczy, które decydują o tym, czy inwestorzy mają zaufanie do spółki, czy nie – ocenia Markiewicz. ⒸⓅ
PZU urósł na polityce dywidendowej
O 7 proc., do 26,13 zł, wzrósł we wtorek kurs akcji PZU, największego polskiego ubezpieczyciela. Duży popyt na papiery firmy po kilku miesiącach spadku notowań (w minionym tygodniu kurs był najniższy w historii) to efekt przedstawienia nowej polityki dywidendowej firmy do 2020 r.
– Wzrost to skutek oddalenia obaw, iż w razie ewentualnego przejęcia Banku Pekao od włoskiego UniCredit PZU w ogóle nie byłoby w stanie płacić dywidendy – mówi Kamil Stolarski z Haitong Banku.
Na wypłaty dla akcjonariuszy PZU, tak jak w poprzednich latach, zamierza przeznaczać co najmniej 50 proc. rocznego zysku, a maksymalnie 100 proc. Ostateczne kwoty będą zależały między innymi od potrzeb spółki związanych z rozwojem. Zarząd zostawia sobie możliwość przeznaczania do 20 proc. zysku na rozwój organiczny i nie więcej niż 30 proc. na finansowanie strategicznych transakcji fuzji i przejęć. I zapowiada, że przy większych przejęciach (w sektorze bankowym PZU przeprowadza je za pośrednictwem Alior Banku) w pierwszej kolejności korzystać będzie z kapitału nadwyżkowego, w drugiej – z emisji długu podporządkowanego, a sięgnięcie po pieniądze z wypracowanego zysku znajduje się dopiero na trzecim miejscu. Kapitał nadwyżkowy to środki pozwalające na przekroczenie m.in. wymogów nadzorczych. Analitycy szacują, że obecnie jest to ok. 5 mld zł.
– Chcemy podkreślić, że PZU jest spółką dywidendową – zapowiada Michał Krupiński, prezes PZU.
Alior Bank, w którym PZU posiada 29 proc. akcji, ma teraz wyłączność negocjacyjną na przejęcie Raiffeisen Bank Polska (bez kredytów frankowych). PZU nie komentuje sprawy ewentualnego przejęcia Pekao. Wcześniej Alior przejął Bank BPH (bez kredytów hipotecznych oraz towarzystwa funduszy inwestycyjnych).
Z 2,34 mld zł zysku za 2015 r. PZU przeznaczył na dywidendę 1,79 mld zł. Dało to 2,08 zł na akcję. W I półroczu 2016 r. zysk grupy ubezpieczeniowej wyniósł 659,5 mln zł i był o 50,1 proc. niższy niż przed rokiem.