Liberalizm nie ma ostatnio dobrej prasy. Co rusz składany jest do grobu, a jego dawni zwolennicy biją się w piersi, przyznając się do głupoty i ślepoty. Trend ten dotyka głównie liberalizmu ekonomicznego, ale coraz częściej słychać wołanie, że niepotrzebna nam jest „demokracja liberalna”, gdyż wartością prawdziwą jest „demokracja bezprzymiotnikowa”. Liberalne idee rządów prawa i praw jednostki, zdaje się, nie zakorzeniły się u nas zbyt dobrze, skoro już po 27 latach uwierają nas i stoją na drodze do ustanowienia „prawdziwej demokracji”. Zanim jednak pożegnamy ten „straszny liberalizm”, zastanówmy się, co tak właściwie odrzucamy.
Liberalizm polityczny, jak przekonuje wybitny filozof John Rawls, wynika z uznania faktu, że różnorodność światopoglądów, stylów życia i interesów jest niezbywalną cechą współczesnego złożonego społeczeństwa. Ewentualną jedność zagwarantować można jedynie poprzez przymus państwowy. Jednakże będzie to jedność powierzchowna i nietrwała. Demokracja nie może być z takiego punktu widzenia postrzegana jako jedna wspólnota, lecz jako społeczeństwo składające się z różnorodnych wspólnot. Głównym problemem liberalizmu politycznego jest wykazanie, jak jest możliwa stabilna koegzystencja różnorodnych wspólnot, jednostek o różnych światopoglądach czy aktorów społecznych o odmiennych interesach w ramach jednego państwa.
Liberalizm polityczny odpowiada, że stabilny ustrój polityczny integrujący spluralizowane społeczeństwo może zaistnieć tylko wtedy, gdy opiera się na zasadach konstytucyjnych możliwych do poparcia przez różne doktryny polityczne i światopoglądy. Kiedy zasady takie będą uznane przez społeczeństwo za istotne normy kooperacji społecznej, to zagwarantowana zostanie ich polityczna realizacja. Bo opierać się będzie nie tylko na instytucjach (np. sądownictwie konstytucyjnym), lecz także na konsensie społecznym, którego złamanie pociągało będzie za sobą polityczne koszty.
Reklama
Liberalizm polityczny głosi, że stabilny ustrój opiera się w istocie na kulturze politycznej uznającej wagę zasad konstytucyjnych regulujących bieżącą rywalizację polityczną. Oparcie rywalizacji politycznej i kooperacji społecznej na wspólnie podzielanych zasadach ma umożliwić działanie i rozwój zarówno jednostkom, jak i wspólnotom. Nie ma zatem negować różnorodności, ale umożliwić jej funkcjonowanie, oddalając groźbę użycia przemocy i morderczych konfliktów.
Naszkicowany powyżej skrótowo idealny typ liberalizmu politycznego wskazuje na wartość kultury politycznej otwartej na konsensualne rozwiązywanie sporów oraz niedeprecjonującej oponentów. Wymaga od uczestników sporu politycznego ograniczenia roszczeń co do słuszności i nieomylności ich własnych sądów oraz przekonań. A więc jako uczestnicy rywalizacji politycznej musielibyśmy się pogodzić z faktem, że nasze opinie nie są ostateczne i powszechnie ważne, że istnieją inne stanowiska, które są również racjonalne, że demokratyczna rywalizacja polityczna to nie walka Dobra ze Złem, że nasi oponenci polityczni są takimi samymi pełnoprawnymi uczestnikami debaty jak my. Jak widać, jest to wizja daleka od realiów polskiego życia politycznego, w którym na płaszczyźnie retoryki dominują wykluczające oponentów dualistyczne figury wroga–przyjaciela, dobra–zła, prawdy–fałszu czy patriotów–zdrajców.

Reklama
Polityczny realista powie, że nic w tym dziwnego, przecież to najprostsze i najbardziej efektywne środki mobilizacji elektoratu. Lud nie lubi – konstatuje realista – niejednoznaczności, skomplikowanych deliberacji ani wysiłku. Lepiej go zatem nie drażnić, ale pobudzać słuszne oburzenie lub usypiać, kiedy jest to dla nas korzystne. W końcu rywalizacja polityczna ma na celu przede wszystkim zdobycie władzy, a nie realizację wzniosłych idei. Jednakże takie stanowisko pociąga za sobą pewne koszty, którymi są sprawność instytucji państwowych i zaufanie społeczne. Instytucje państwa stają się łupem partii wygrywających wybory, natomiast społeczeństwo rozpada się na plemiona, które nie chcą już widzieć w innych pełnoprawnych partnerów. Państwo ma być „nasze”! Prawda musi zwyciężyć! Instytucje państwa dopiero wtedy będą funkcjonować, gdy „nasi” ludzie nimi pokierują. Kooperacja społeczna tylko wtedy będzie sprawiedliwa, gdy regulować je będą „nasze” zasady!
W takim kontekście zmiana władzy jawić się może tak, jak jest to często opisywane przez „tożsamościowych publicystów” różnych stron: jako ocalenie demokracji lub odzyskanie niepodległości. Kosztem jest obsadzanie instytucji państwa „swoimi”, przy niemalże zerowym namyśle nad zasadami i efektywnością ich funkcjonowania. A także poczucie, że państwo jest tylko wtedy „naszym” państwem, gdy należymy do popierających większość parlamentarną.
Żegnając się z liberalizmem politycznym, nie tyle żegnamy się z idealistyczną ideą państwa opartego na akceptowanych z różnych punktów widzenia zadach konstytucyjnych, ile przede wszystkim z ideą sprawnych i funkcjonalnych instytucji, w których ramach rozwijać się może społeczna różnorodność. Rywalizacja polityczna prowadzona zgodnie z zasadą „zwycięzca bierze wszystko” jawi się z tej perspektywy jako krótkowzroczna i dysfunkcjonalna. Robert Krasowski w zakończeniu książki „Czas Kaczyńskiego”, którą można odczytać jako manifest realizmu politycznego, formułuje tezę, iż największą słabością i porażką polskiej polityki jest to, że nie potrafiła doprowadzić do zorganizowania sprawnego państwa. Być może jedną z przyczyn takiego stanu jest fakt, że liberalna kultura polityczna nie zadomowiła się w polskim życiu politycznym.
A obserwując obecną debatę polityczną pełną epitetów i pomówień padających z różnych stron, trudno jest mieć nadzieję, że w najbliższej przyszłości będziemy widzieć w przeciwnikach politycznych pełnoprawnych uczestników debaty i sporu. Żegnamy się z liberalizmem politycznym, nawet go właściwie nie doświadczywszy. Nadchodzi czas wielkich narracji, którym samoograniczenie jest z istoty obce.