Temat nierówności zaczął w końcu wdzierać się do rodzimej dyskusji o ekonomii. I dobrze, bo w naszym neoliberalnym raju zbyt dużo było przyzwolenia na rozjeżdżanie się społeczeństwa.
Reklama
Grzegorz M. Malinowski, „Nierówności i wzrost gospodarczy”, PWN, Warszawa 2016 / Dziennik Gazeta Prawna
Takie nazwiska, jak Piketty, Saez czy Atkinson, i u nas zaczynają gościć pod strzechami. A ich „herezje” nie budzą już takiego oporu jak kiedyś. Niech państwo spróbują powiedzieć dziś głośno i w towarzystwie, że „kapitalizm i rynek pozostawione samemu sobie generują nierówności majątkowe” albo „nierówności mają negatywny wpływ na rozwój gospodarczy”. Jeszcze dziesięć czy nawet pięć lat temu wygłaszający je śmiałkowie mogli mieć pewność, że zostaną wzięci za nieszkodliwych idiotów, którymi nie należy sobie przesadnie zawracać głowy. A dziś? Dziś napotkacie raczej życzliwe zainteresowanie. Może nawet ktoś was poklepie po plecach i powie coś w stylu „nawet ekonomia wreszcie przejrzała na oczy”. I to jest właśnie miara zmiany, która się dokonała w głównym nurcie debaty w minionych kilkunastu miesiącach. Również w Polsce.

Reklama
Książka ekonomisty Grzegorza Malinowskiego z Akademii Leona Koźmińskiego (wychowanek Grzegorza Kołodki) to dobry dowód na ilustrację tej tezy. Oto dostajemy od polskiego autora tekst, który nie tylko dokumentuje stan debaty na temat nierówności. Nie tylko wylicza, że o nierównościach było już u Arystotelesa i Smitha (tylko potem jakby trochę mniej). Malinowski szkicuje również konkretne ekonomiczne zależności, jakie zachodzą pomiędzy nierównym rozkładem różnych ważnych dóbr a perspektywami ekonomicznego rozwoju. Mierzonymi choćby dynamiką wzrostu PKB. A na koniec Malinowski nie boi się wyprowadzić ciosu decydującego: czyli pokazać, że jest to wpływ raczej negatywny. I to znów jest coś, co zagraniczny czytelnik mógłby uznać za truizm. Przypomnę jednak, że my w Polsce przez całe minione ćwierćwiecze mieliśmy taki klimat opinii, w którym nierówności uznawano za funkcjonalne. Albo wręcz wprost za dobre. Bo pobudzające do działania, przedsiębiorczości oraz zaradności.
Czytelnik znajdzie w książce Malinowskiego jeszcze dwa warte uwagi smaczki. Pierwszym jest rozbudowana analiza teorii wzrostu gospodarczego. Ten temat sam w sobie jest ostatnio mniej obecny w głównym nurcie debaty publicznej. Co nie oznacza, że nie dzieją się tam ciekawe rzeczy. Jak choćby sformułowana przez izraelskiego ekonomistę Odeda Galora jednolita teoria wzrostu. Warto wykorzystać książkę Malinowskiego, by swoją wiedzę w tym temacie uporządkować. Drugi ciekawy trop to stworzony przez autora indeks Janka Muzykanta. Jego nazwa nawiązuje oczywiście do opowiadania Henryka Sienkiewicza, które jest – jak na polskie lektury szkolne – niezwykle progresywnym czytadłem. Pokazuje, że młody uzdolniony chłopak nie może rozwinąć niewątpliwych talentów właśnie z powodu społecznych nierówności (bieda plus brak zrozumienia dla jego ambicji). Malinowski stworzył więc indeks zbierający w sobie wiele ekonomicznych wskaźników (długość życia, wydatki rozwojowe, edukacja). Pozwalają one odpowiedzieć na pytanie, w których krajach taki Janko Muzykant miałby dziś największe szanse się przebić, a gdzie musiałby pozostać smutną ofiarą niskiej międzyklasowej mobilności, o której ktoś może napisze łzawe opowiadanie (ale pewnie raczej nie napisze). Polska znajduje się w tym zestawieniu dokładnie między Tunezją a Kubą. Chcecie więcej szczegółów? Sięgnijcie do tej bardzo udanej książki.