Na rynku krajowym kluczowe będzie umocnienie się tendencji wzrostowych w konsumpcji będących efektem pobudzenia akcji kredytowej oraz wzrostu ufności konsumentów w ich lepsze dochody i przyszłość - mówi Piotr Soroczyński główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej.

Listopadowe dane z gospodarki pokazują niejednoznaczny obraz – są sygnały pozytywne i negatywne. W jakim momencie cyklu koniunkturalnego, z punktu widzenia polskich producentów, jesteśmy?
Piotr Soroczyński główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej / Materiały prasowe / fot. mat. prasowe

Wychodzimy z okresu lekkiej recesji, będącej z jednej strony odreagowaniem niedawnego bardzo szybkiego postpandemicznego wzrostu, a z drugiej strony efektem dotkliwych dostosowań gospodarek europejskich – w tym istotnej z naszego punktu widzenia gospodarki niemieckiej – do nowych warunków politycznych i gospodarczych po agresji Rosji na Ukrainę. To, że mieliśmy w Polsce lekką recesję, a nie jedynie spowolnienie, było też oczywiście pochodną sytuacji na rynku wewnętrznym i inflacji demolującej nasze zasoby – zarówno w rozumieniu siły nabywczej pensji i świadczeń, jak i utraty realnej wartości zapasów finansowych obywateli i firm.

Idzie ku lepszemu?

Sytuacja zależy od dwóch istotnych czynników. Pierwszy to wzrost konsumpcji wewnętrznej, bo przez kilka ostatnich miesięcy konsumowaliśmy znacznie mniej, niż pozwalały na to pensje i świadczenia. Druga kwestia to pobudzenie koniunktury u naszych głównych partnerów handlowych. Po publikacji danych za październik wydaje się, że pierwszy warunek już się spełnia, a do spełnienia drugiego brakuje nam bardzo niewiele.

Przełomem dla przedsiębiorców może być zatem I kw. 2024 r., jeśli gospodarka Niemiec się odbije, a u nas utrwalą się pozytywne symptomy?

Na rynku krajowym kluczowe będzie umocnienie się tendencji wzrostowych w konsumpcji będących efektem pobudzenia akcji kredytowej oraz wzrostu ufności konsumentów w ich lepsze dochody i przyszłość. Natomiast na rynku zagranicznym wciąż jest oczekiwany szerszy strumień zamówień płynący do polskich firm, w tym przede wszystkim z Niemiec. Ich ogólny poziom obecnie jest wciąż o kilkanaście procent niższy niż przed rokiem, choć trzeba pamiętać, że rok temu utrzymywały się one na rekordowych poziomach, przebijając te sprzed roku o 40 proc.

Które czynniki będą motorem napędowym dla PKB w całym 2024 r.?

Wzrost zamówień – krajowych i zagranicznych – skutkować będzie kilkoma pozytywnymi impulsami, w tym przede wszystkim wzrostem zatrudnienia i odbiciem popytu na różnorakie towary potrzebne zarówno do realizacji produkcji, jak i jej późniejszego zwiększania. Kurczące się w takim scenariuszu zapasy mocy produkcyjnych dadzą nacisk na forsowniejsze realizowanie procesów inwestycyjnych. Tym zaś może sprzyjać wzrost zaufania przedsiębiorców do stabilności sytuacji makroekonomicznej i do otoczenia prawnego gospodarki. Dane GUS o rocznej dynamice PKB w III kw. 2023 r. wskazywały na wzrost o 0,4 proc. Oczekiwania KIG dla ostatniego kwartału roku to wzrost rzędu 1,5–2,0 proc., natomiast w kolejnych czterech kwartałach tempo wzrostu gospodarczego powinno wahać się w przedziale 2,5–3,5 proc. Być może w całym 2024 r. wzrost PKB przekroczy więc 3 proc.

Czy odbicie z III kw. zaczyna być już odczuwalne we wszystkich branżach?

Sytuacja jest wciąż bardzo zróżnicowana. O sytuacji bieżącej i nadziejach na przyszłość najlepiej świadczy to, co się dzieje z zatrudnieniem w poszczególnych branżach. Jeśli popatrzeć na ten właśnie parametr, to spośród głównych branż w ostatnich miesiącach wzrosty zatrudnienia notowano w produkcji komputerów, wyrobów elektronicznych i optycznych, samochodów, pozostałego sprzętu transportowego czy gospodarce odpadami i odzysku surowców. Stagnację, ale z lekką nadzieją na przyszłość, widzimy w budownictwie, transporcie i gospodarce magazynowej oraz obsłudze nieruchomości i firm. Wciąż jednak obserwowane są też spadki – choćby w produkcji mebli, wyrobów z drewna, produkcji gumy i tworzyw sztucznych, handlu hurtowym i detalicznym. Jak więc widać, nie ma jednoznacznej ścieżki wzrostowej, każda branża odradza się w swoim tempie.

A jak ocenia pan sytuację na rynku pracy? Niskie bezrobocie i uporczywa inflacja przekładają się na presję płacową?

Przed nami przede wszystkim bardzo znaczący wzrost płacy minimalnej, ustawowo kompensujący ostatnie procesy inflacyjne. Od stycznia minimalne wynagrodzenie będzie wyższe aż o 642 zł brutto. Ogólny poziom płac nie będzie mógł rosnąć w takim tempie, więc w niektórych firmach postępować będzie spłaszczenie drabinki płac. Niestety efektem będzie też tendencja likwidacji miejsc pracy dla osób o najniższych kwalifikacjach – wszędzie tam, gdzie zbyt mocno negatywnie „rozejdzie się” poziom wydajności takich pracowników z poziomem płacy, jaka musi być im wypłacana.

Czyli nakręci się spirala oczekiwań podwyżek?

Tak, znaczące podwyższenie dolnego progu siatki wynagrodzeń skłoni innych pracowników do szukania podwyżek dla siebie. Ponadto przeciętny poziom płac wciąż będzie dynamizowany migracją pracowników między firmami czy wręcz branżami: z tych o niskiej wydajności – które wciąż oferują umiarkowane uposażenia – do tych z większą wydajnością, pozwalającą płacić zatrudnionym więcej. Zakładamy, że przeciętna płaca w sektorze przedsiębiorstw w całym 2024 r. może być wyższa niż przed rokiem o ok. 9 proc.

Od połowy września następuje umocnienie złotego do euro – różnica to już 30 gr na jednym euro. To duży problem dla eksporterów?

Mimo aprecjacji kurs złotego niespecjalnie odbiega od tego, co widzieliśmy latem, przed reakcją rynku na nieco nieortodoksyjne posunięcie Rady Polityki Pieniężnej we wrześniu. Ostatnie wzmocnienie złotego to z jednej strony odreagowanie poprzedniej korekty, a z drugiej wyraz optymizmu części inwestorów, jaki uwidocznił się tuż po wyborach. Natomiast gdyby spojrzeć nieco dalej, to wciąż nie mamy wyceny złotego typowej dla roku 2019, gdy euro notowane było na poziomie 4,30 zł. A przecież od tamtej pory nasza wydajność istotnie wzrosła na tle strefy euro. Oczywiście, gdyby tempo umacniania się złotego w najbliższych miesiącach wciąż było silne i przekraczało wyraźnie 5 proc. w ujęciu rocznym, to będzie to miało negatywne skutki dla eksporterów. Natomiast jeśli ta aprecjacja będzie umiarkowana, na poziomie 1–3 proc., to nie spodziewałbym się spadku konkurencyjności naszych produktów.

Dlaczego pan tak uważa?

Należy pamiętać, że dziś polska gospodarka jest inna niż dwie, trzy dekady temu, gdy mocno trzymaliśmy się zasady „słaby kurs to dobry eksport”. Dziś, aby eksportować, trzeba też sporo importować, więc zbyt słaby kurs złotego jest kosztotwórczy. W dodatku sporo eksportu z Polski realizują podmioty międzynarodowe. W ich przypadku różnice w wycenie złotego powodują przesunięcie większego zysku albo na konta oddziału w Polsce, albo w stronę centrali – ale nadal są to zyski należące do tego samego przedsiębiorstwa. Podsumowując, optymalnym scenariuszem byłaby bardzo powolna aprecjacja złotego. Zbytnie umocnienie kursu może być kłopotem dla krajowych wytwórców, zaś zbyt słaby złoty powodowałby ryzyko powrotu inflacji. ©℗

Rozmawiał Nikodem Chinowski