Wksiążce „Bikenomics” (Roweronomika) Elly Blue słusznie twierdzi, że rowery nie są tak prostymi mechanizmami, jak pozornie może się wydawać. Szczególnie że warto patrzeć nie tylko na rower, lecz także na osobę, która pedałuje, używając roweru do osiągnięcia swoich celów. Niezależnie, czy puszcza łańcuch, pęka opona, czy następuje kolizja uczestników wyścigu, gdy mamy kraksę, to koniec jest taki, że rowery wpadają na siebie, wywracając inne.
Kilka rzeczy się w ostatnich latach zmieniło. Jeszcze w latach 90., gdy padła opinia wypowiedziana przez ekonomistów, wszyscy potakiwali. Dziś jest inaczej. Żyjemy w czasach konformizmu ekonomicznego. Cel to utrzymanie status quo. Mniej niż dziesięć lat temu, w 2008 r., miał miejsce najgłębszy kryzys od czasów Wielkiej Depresji z przełomu lat 20. i 30. Na ożywienie gospodarcze przyszło nam czekać kilka lat. Choć miało ono ostatecznie miejsce, to wzrost gospodarczy, który wystąpił po okresie kryzysu, miał inne źródło niż w całym ubiegłym wieku. Był napędzany rządowymi programami pomocowymi oraz nowoczesną polityką monetarną, co do której jeszcze dwie dekady temu nikt nie podejrzewał, że można będzie ją nazwać stabilizującą. Pierwsza eksperymentowała Japonia, w której prawie 15 lat temu bank centralny, nie mogąc obniżyć stóp procentowych, zaczął wstrzykiwać przez banki komercyjne dodatkowe pieniądze do gospodarki. Manewr ten podchwycił Fed, centralny bank USA, drukując łącznie 3 bln dol. przez ogromne zastrzyki kapitału w postaci kolejnych programów quantitative easing. Część pieniędzy uciekła na rynki wschodzące, do krajów azjatyckich i BRICs (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny). Pozostała przyczyniła się do zakonserwowania status quo, którego nikt nie chce zmieniać. Problem polega na tym, że tak jak nie da się dekretem zatrzymać zachodu Słońca, tak ekspansja monetarna, pompowana tanim pieniądzem, nie może trwać wiecznie. Obecne ratowanie gospodarek przypomina wieczne pompowanie koła roweru. Można jechać na przebitym kole, jeżeli nieustannie dopompowujemy powietrze, które schodzi z powodu dziury. Jeżeli dziurawa jest gospodarka, to gdy powietrze się ulotni, może się okazać, że z dalszej jazdy nici i jesteśmy na skraju nadchodzącej globalnej recesji.
Reklama
W styczniu ekonomiści zwykli przewidywać, jaki będzie nadchodzący rok. Tym razem tłumnie przyznawali, że nie najlepszy. Pewne oznaki świadczą o tym, że na horyzoncie może być recesja. Zadłużenie, które wyszło na jaw w Europie po 2008 r., stało się trwałym problemem Starego Kontynentu. Kraje PIIGS (Portugalia, Irlandia, Włochy, Grecja i Hiszpania) kilka razy były ratowane przez Unię Europejską i MFW, co uwalniało je od kłopotliwych cięć budżetowych, których nie chciały społeczeństwa krajów południa Europy. Programy oszczędnościowe były do tego stopnia niepopularne, że Grecy wybrali rząd deklarujący program antyoszczędnościowy, który wezwał do powszechnego referendum, a w nim odrzucono warunki pomocy ze strony Unii Europejskiej. Grecja stanowi niewielką część strefy euro, ale opuszczenie przez nią unii walutowej (a być może nawet UE) mogłoby podważyć sens istnienia europejskiej waluty. Konsensusu nie da się budować w warunkach i w czasach, gdy wszyscy czują się przegrani. Negatywnie o euro już kiedyś wypowiadał się Milton Friedman, twierdząc, że trudno zakładać, że w długim terminie będzie ono tworzyć stabilny system. Czy obserwując ten smutny pejzaż braku europejskiej jedności, można się dziwić, że Wielka Brytania poważnie rozważa Brexit, czyli wyjście z Unii Europejskiej?

Reklama
Poza Europą źródła potencjalnego kryzysu można szukać w ostatnich wydarzeniach w Chinach. Chińska gospodarka w ciągu ostatnich kilku dekad rozwijała się w niespotykanym tempie. Chiński produkt krajowy brutto jest drugi na świecie zaraz po PKB Stanów Zjednoczonych. Jest tylko kwestią czasu, zanim Chiny wyprzedzą USA pod względem PKB liczonego nominalnie. Jeśli uwzględnimy parytet siły nabywczej (PPP), to Chiny już w 2014 r. stały się największą gospodarką świata. Czapki z głów przed przedsiębiorczym społeczeństwem chińskim. Trzeba jednak pamiętać, że to także wielka odpowiedzialność wobec świata.
W Państwie Środka występuje narzucona przez państwo kontrola kapitału, która nie pozwala uciekać pieniądzom za granicę. Z tego powodu dynamicznie rosnąca chińska klasa średnia ma dość ograniczone możliwości, jeśli chodzi o inwestowanie nowo zdobytego bogactwa. Nie chodzi tu o majątki prawdziwych krezusów, dla których granic praktycznie nie ma, ale o zasoby przeciętnych obywateli. W rezultacie kontroli kapitału dwoma miejscami, gdzie klasa średnia mogła lokować swój majątek, stały się rynki akcji i nieruchomości. Na obu zaczęła być pompowana bańka, która jest skazana na pęknięcie. Kilka miesięcy temu świat obiegła informacja, że chiński rynek akcji miał średni wskaźnik ceny do zysku wyższy niż w jakimkolwiek innym miejscu na świecie, wyższy nawet niż przed kryzysem dot.com w USA w 2000 r. To może sugerować, że chińska giełda jest jedną z najbardziej oderwanych od rzeczywistości. Transakcje na giełdzie szanghajskiej do niedawna przypominały bardziej kupno losu na loterii niż inwestowanie. Nic dziwnego, że pojawiła się bessa.
Podobnie z boomem na rynku nieruchomości. Nawet nie chodzi o miasta duchy, całe osiedla, w których nikt nie mieszka, tylko o dwa fakty – to, że niebawem społeczeństwo chińskie zacznie się błyskawicznie starzeć, oraz to, że dotychczasowy chiński model wzrostu się wyczerpał. Liczba osób, którą można przenieść ze wsi do fabryk, jest skończona. Jeżeli weźmiemy pod uwagę te dwa trendy, okaże się, że ceny mieszkań wkrótce mogą zaliczyć dramatyczny spadek. Jeśli chińska gospodarka wpadnie w recesję, jest prawdopodobne, że pociągnie za sobą resztę świata. Od początku roku z chińskich rynków uciekają pieniądze. Presja związana z odpływem kapitału i spadkiem kursu juana jest olbrzymia. Chiński rząd nie dopuszcza do obniżenia wartości swojej waluty, bo stracą na tym wszystkie te chińskie podmioty, które zadłużyły się w dolarach czy euro. Nie wiemy jednak do końca, jak chora jest chińska gospodarka i czy obecna korekta to tylko kichnięcie, czy poważna choroba, która za chwilę zacznie być zaraźliwa.
Kurczenie się chińskiej gospodarki ma ogromny wpływ na światowe ceny surowców, co odbija się na sytuacji ich dostawców takich jak Rosja. Utrzymujące się długo problemy polityczno-gospodarcze w Europie oraz pęknięcie bańki w Chinach sprawiają, że możemy być na skraju kolejnej globalnej recesji. Tyle że w 2008 r. banki centralne były w stanie jeszcze obniżyć stopy procentowe. Zazwyczaj gdy pojawia się spowolnienie, banki centralne stosują ekspansywną politykę pieniężną w celu stymulowania gospodarki przez obniżenie stóp procentowych, operacje otwartego rynku lub przez programy typu quantitative easing. Ponieważ żyjemy w świecie stóp procentowych bliskich zeru, a nawet ujemnych, to narzędzie nie jest już skuteczne. Teraz banki centralne mają o wiele mniej możliwości, aby przeciwdziałać recesji. Na domiar złego programy ilościowego luzowania polityki pieniężnej, których konsekwencje użycia są w długim terminie nieznane, są jednym wielkim eksperymentem, którego skutków jeszcze nie znamy.
Recesje są normalną częścią cyklów koniunkturalnych i jak kolizje w wyścigach rowerowych od czasu do czasu się zdarzają. Dotyczyć to może także Polski. Komisja Europejska i OECD przewidują, że w najbliższych 25 latach tempo wzrostu naszej gospodarki utrzyma się na poziomie zaledwie około 2 proc. Rządowe prognozy zakładają za to niemal dwukrotnie wyższą prognozę wzrostu PKB choćby na przyszły rok. Wieje z nich optymizmem. Tymczasem każde założenia mogą prysnąć jak bańka mydlana, bo jesteśmy zależni od sytuacji w gospodarce światowej. Wszystkie rynki są jak naczynia połączone. Światowy kryzys sprowadziłby nas na ziemię.
W styczniu ekonomiści przewidują, jaki będzie nadchodzący rok. Tym razem tłumnie przyznawali, że nie najlepszy. Pewne oznaki świadczą o tym, że na horyzoncie pojawia się recesja