„Każdy z nas w głębi serca czeka na koniec świata”. Ten cytat z Murakamiego pojawia się w filmie „The Big Short”, który od niedawna gości na ekranach kin i nie opowiada, bynajmniej, o nadlatującej komecie, inwazji obcych, ataku nuklearnym Korei Północnej czy gwałtownej zmianie klimatu i katastrofie ekologicznej. Opowiada o rynkach i instrumentach finansowych. Oraz o potencjalnym ich unicestwieniu. Nuda?



Reklama
No pewnie. Zwłaszcza że chodzi głównie o lata 2007–2008. Czyli o zamierzchłą przeszłość. Na dodatek wiemy już, że choć kryzys był poważny, to do tragedii nie doszło. Suspensu więc nie będzie. Chociaż... Film pojawił się w amerykańskich kinach pod koniec zeszłego roku, w Polsce – w styczniu. Kto wie, może ma swój udział w tym, że dla rynków finansowych pierwsze tygodnie nowego roku okazały się pod wieloma względami najgorsze w historii. Bo wielu osobom mógł popsuć nastroje. Wam też nie poprawi. A mimo to powinniście go obejrzeć.

Reklama
Nie obawiajcie się. Nie zamierzam debiutować w roli recenzenta. Nie mam pojęcia, czy z artystycznego punktu widzenia to udane przedsięwzięcie ani która kreacja zasługuje na szczególną uwagę (nie licząc pani, która popija szampana i tłumaczy finansowe zawiłości, leżąc w obszernej wannie – na pewno na tyle dużej, że spragniony wszelkiej wiedzy uczeń też by się w niej zmieścił). Obsada wydaje mi się niezła, ale nie dlatego, że na liście płac jest kilka dobrze znanych nazwisk. Mam na myśli tylko to, że wielu aktorów wypadło w swoich rolach przekonująco, tak dobrze, że od niektórych kupiłbym używany samochód (a może nawet powierzyłbym im własne oszczędności), a od innych nie. I zdaje się, że tym razem dokonałbym – jak rzadko – dobrego wyboru.
Jeśli miałbym polecić wam ten film, to nie dlatego, że czeka was artystyczna uczta (to nie jest „Siódma pieczęć” czy coś w tym rodzaju – tu narracja jest prostsza i szybsza). Raczej dlatego, że życie pisze najlepsze scenariusze. Postaci i historie, które możecie zobaczyć, są prawdziwe. Z wielu powodów będzie wam trudno w to uwierzyć. Ale spróbujcie – także w to, że rzeczywiście otarliśmy się o apokalipsę. Możecie więc poznać przedsmak tego, co nas czeka, jeśli życie dopisze kolejny rozdział lub... epilog.
„Katastrofa była do przewidzenia, mimo to zauważyli ją tylko nieliczni”
Uważacie, że przesadzam. Niech wam będzie. I tak wiem swoje. Jeśli myślicie, że kataklizm jest tylko wtedy, gdy znikają całe miasta i wsie, a ludzie masowo tracą życie, jesteście w błędzie. Wyobraźcie sobie – to mój ulubiony przykład (i wizja, która mnie bawi od lat) – że przestaje działać elektryczność, a co za tym idzie: telewizja, radio, lodówki, pralki, komputery i cały ten złom. W końcu też – wodociągi, gazociągi i w dużej mierze transport. Łączność również, nawet ta z czasów Bella, a nie tylko Apple’a. Łatwo będzie wam odnaleźć się w takiej rzeczywistości? Z finansami jest podobnie. Współczesny świat nie umie się bez nich obejść, podobnie jak bez prądu. To elektryczność obrotu gospodarczego: pieniądz, inwestycja, aktywa, dywersyfikacja, alokacja itd.
Aha – myślicie, że mielibyśmy boom na kredyty hipoteczne, zwłaszcza walutowe, gdyby nasze banki nie włożyły wtyczki do odpowiedniego gniazdka?
Po wyłączeniu światła wracamy niemal do gospodarki naturalnej (dam wam trochę nasion – o, właśnie! w filmie też jest hodowca nasion, który szykuje się na koniec świata – za użyteczne rękodzieło, np. skarpetki zrobione na drutach). I wiecie, co jest najważniejsze? To byłby dopiero wstęp. Brak elektryczności czy zagłada finansów zapewne doprowadziłyby do tego, co tak lubicie oglądać. Prawdziwej, krwawej katastrofy. Ale po kolei.
„Wabili ludzi, mówiąc: biorąc ten kredyt (hipoteczny – red.), spłacicie całe swoje zadłużenie, w karcie kredytowej, na samochód. I patrzcie, jak nisko jest oprocentowany. Ale ta niska stawka nie była prawdziwą stawką. Była stawką na wabia”.
Na koniec świata – może nie dosłownie, lecz takiego, jaki znaliśmy dotąd i jaki znamy teraz – niektórzy (przyznaję, jestem wśród nich) czekają od 2007 r. Wtedy stało się jasne, że rynki finansowe runą z hukiem. I rzeczywiście, w 2008 r. naprawdę niewiele brakowało, by banki, giełdy, fundusze inwestycyjne i emerytalne itd. – czyli to wszystko, co utożsamiamy z nowoczesnym kapitalizmem i konsumpcyjnym dobrobytem napędzanym przez przepływający szybko pieniądz – przestały istnieć. Po prostu. Bez przesady. Gdyby tak się stało, bez wątpienia obudzilibyśmy się w innej rzeczywistości. Nie sądzę, by ktokolwiek się nudził.
To bodajże Jim Rogers, znana postać w świecie dużych pieniędzy i guru wielu inwestorów, mówił wtedy, iż przyszłość mają tylko ci finansiści, którzy umieją jeździć na traktorach – będą mieli pracę na farmach. Te ostatnie będą dobrze prosperować, bo możemy się obejść bez banków, ale nie bez żywności. Kto widział pracowników Lehman Brothers opuszczających biura jesienią 2008 r., miał prawo sądzić, że wizja Rogersa się sprawdza. Ostatecznie pozostała tylko przepowiednią (prognozą?). Macie ochotę ją wyśmiać? Wcale się nie dziwię. Słyszeliście o wielkim kryzysie, recesji, drukowaniu pieniędzy i lękach niektórych ekonomistów. Ale wiecie też, że wszystko minęło – jak tyle już razy wcześniej, np. w latach 80. czy 90. poprzedniego wieku. Elektryczność działa, finanse też. Można odetchnąć. Świat się wcale nie zmienił... No właśnie – w tym problem!
Zwróćcie uwagę na fragment filmu, w którym jest mowa o tym, że z powodu wielkiego kryzysu finansowego wielu bankierów zostało aresztowanych, banki podzielono, by żaden nie był „zbyt duży, by upaść”, wprowadzono nowe regulacje, wzmocniono nadzór itd. Słowem – naprawiono popsutą maszynę. A potem jest krótka pauza i lektor mówi lekkim tonem: żartowałem.
Nic, tylko pękać ze śmiechu!
Już rozumiecie? Skoro nic się nie zmieniło, to znaczy, że w gruncie rzeczy jest tak, jak było. Ugaszono pożar, ale nie przymknięto podpalacza i nie zarekwirowano zapałek. I dlatego wciąż jest się czego bać. Skoro otarliśmy się o finansową apokalipsę, a świat funkcjonuje na identycznych zasadach, jak te, które niemal do niej doprowadziły, to czemu w końcu miałaby się nie wydarzyć? Jeśli myślicie, że rządy i banki centralne dawno załatwiły sprawę albo załatwią, jeśli będzie trzeba, to jesteście frajerami. Zamiotły problemy pod dywan utkany z wydrukowanych pieniędzy. I o tym też jest ten film, choć akcja kończy się w 2008 r.
„Nie zakładam się o obligacje – powiedział. – Zakładam się o system”.
Zresztą zróbmy inaczej. Załóżmy się. Macie pojęcie, że największa część rynków finansowych – wtedy i dziś – to w istocie zwyczajne zakłady? Z grubsza takie same, jak ten, w którym ja teraz stawiam na to, że film wam się spodoba (i da do myślenia), a wy twierdzicie, że nic podobnego nie może się zdarzyć. Bo to nie jest przecież kolejna część sagi o gwiezdnych wojnach. To co, umowa stoi? Ale uwaga: przegrany przekazuje zwycięzcy unikalną butelkę whisky Dalmore. Zgoda?
Wyobraźcie sobie, że takie zakłady są warte setki bilionów dolarów. I że kiedyś cały ten rynek może eksplodować. Nic się nie stanie? Najwyżej ktoś nie dostanie należnej mu butelki? To nie takie proste. Jeśli nie jesteście pewni, czy będę w stanie ją kupić, prosicie, żebym złożył w depozyt np. 20 zł (co nie jest wygórowaną stawką przy cenie np. 20 tys. zł za wspomniany rarytas). Jak zobaczycie, że zakład idzie po waszej myśli (przysypiacie po 15 minutach filmu), prosicie, żebym dołożył kolejne 20 zł (rośnie prawdopodobieństwo, że to ja będę fundował whisky, więc chcecie mieć większą gwarancję, że za nią zapłacę). Jak po wyłożeniu pierwszej dwudziestki nie mam kolejnej, zakład się kończy. Tracę dwie dychy. Jeśli jednak wszystkie zakłady razem wzięte są warte setki bilionów dolarów, to ile muszą wynosić depozyty zabezpieczające te transakcje? Ile pieniędzy przepadnie?
Ale to dopiero początek. Najlepsze przed wami. Przecież nie założyliśmy się o 20 zł. Tylko o butelkę, która kosztuje 20 tys. Chcecie resztę. A ja jestem ją winien. Na prawdziwym rynku mogę szybko odsprzedać zakład innemu optymiście (np. za 10 zł, stracę więc tylko dychę) i pozbyć się kłopotu. Niech on dołoży wam kolejne 20 zł i czeka, aż film was urzeknie. Wtedy nie tylko odzyska pieniądze, ale będzie miał i wasze – na poczet butelki, którą mu ufundujecie. Ale jeśli rynek działa źle lub przestaje działać w ogóle, bo jego uczestnicy bankrutują lub są na nim sami pesymiści, którzy nie wierzą, że film może się komukolwiek spodobać, nie będzie jak i komu wepchnąć zakładu. Tracę 20 zł, potem może następne, a i tak wam jestem winien jeszcze prawie 20 tys. Możecie dzwonić po komornika. Jeśli tę dwudziestkę, którą wam dałem, pożyczyłem od kolegi, już jej nie zobaczy. Też jest w plecy. Jeśli wy pod należność ode mnie wzięliście kredyt, również jesteście bankrutem. Wszystko się wali.
Światło gaśnie.
Dlaczego o tym wspominam? Nie chodzi tylko o whisky. Bohaterowie naszego filmu założyli się z bankami o to, że cały amerykański rynek kredytów hipotecznych i instrumentów finansowych opartych na kredytach runie, co może wywrócić gospodarkę USA do góry nogami. Pamiętacie powiedzenie, że gdy Ameryka kicha, to cały świat ma katar? To wyobraźcie sobie, co by się stało, gdyby złapała coś gorszego niż świńska grypa...
Naszym bohaterom udało się zawrzeć wyjątkowo korzystną transakcję: zakładali się o miliardy, których nie mieli i nie musieli mieć. A co najważniejsze – w razie przegranej ponieśliby tylko koszty regularnie opłacanych „składek” od zakładu. Nie musieliby kupować butelki whisky. Wystarczyłoby, że zapłacili za korek. Jednak w razie ich wygranej ktoś te miliardy musiał wyłożyć na stół. Czasami były to te same instytucje, które jeszcze większe kwoty ulokowały wcześniej w niespłacalnych (jak się okazało) kredytach lub obligacjach. Tak powielały ryzyko i straty. Niemal w nieskończoność. Czy można się dziwić, że szykował się Armagedon?
Bohaterowie filmu wygrali – nie zdradzam tajemnicy, to już wszyscy wiedzą. Ale żeby zarobić, musieli w odpowiednim czasie swoje zakłady sprzedać. W przeciwnym razie to wciąż im należałby się złocisty trunek, ale ci, którzy byliby im winni drogocenną whisky, nie mieliby nawet na wodę mineralną. Wszyscy byliby bankrutami. Cały system finansowy byłby bankrutem. I to jest właśnie ta apokalipsa, o którą się otarliśmy. Jeśli do niej nie doszło, to tylko z powodu interwencji rządów i banków centralnych.
Skoro jednak – co już sobie powiedzieliśmy – w gruncie rzeczy nic się nie zmieniło, to może jeszcze dożyjemy chwili, na którą w głębi serca wszyscy czekamy...
„Kiedy człowiek znajdzie się w obecności potęgi intelektu, z miejsca ma tego świadomość. (...) Gdy usiądzie obok kogoś z agencji ratingowej, wie, że gość musi być z agencji ratingowej”. „Agencje na ratingu CDO zarabiały dziesięć razy tyle, ile na ratingu obligacji, a co najgorsze wystawiały oceny CDO, choć nie wiedziały, co w nich siedzi”.
Choć przed projekcją spędziłem dwie godziny w zacnym towarzystwie przyjaciół, którzy na finansach zjedli zęby, i wiele mówiliśmy o tym, co spodziewamy się zobaczyć, dopiero w 15. sekundzie seansu uświadomiłem sobie, że oglądam dobrze znane postaci. Prawie pięć lat temu ukazała się znakomita książka („Wielki szort. Wewnątrz maszyny zagłady” Michaela Lewisa, wyd. Sonia Draga – z tego wydania pochodzą cytaty). Oczywiście przeniesiono ją na ekran. Wybaczcie, nie wiem, jak mogłem od razu tego nie skojarzyć.
Teraz, po nagłym olśnieniu, mogłem już wygodniej usadowić się w fotelu. I spokojnie czekać. Na przykład na spotkanie w Las Vegas czy rozmowy z przedstawicielami agencji ratingowych. Dobrze się złożyło. S&P właśnie obniżyła ocenę wiarygodności kredytowej Polski. Skutek jest taki, że musimy drożej pożyczać pieniądze na świecie (na wyższy procent). Było wokół tego sporo szumu, wszyscy pewnie słyszeliście. Prognozy agencji mogą być słuszne i sytuacja finansowa naszego kraju się pogorszy (wiecie, te wszystkie programy 500 plus itd. trochę kosztują, a o ile wydatki z tym związane są pewne, to niepewne są przychody, które miałyby je pokryć). Ale S&P może też się mylić. A co najważniejsze, nie musiała się tak spieszyć, bo jeszcze nic złego z naszym budżetem się nie dzieje. W każdym razie, chcąc nie chcąc, dystrybutor filmu zrobił dobrą robotę dla rządu. W dialogach (w tłumaczeniu) pada chyba tylko jedno wulgarne słowo. Tak się składa, że właśnie w kontekście agencji ratingowych i wystawianych przez nie ocen. A konkretnie, w kontekście pracy S&P i Moody’s. Na pewno od czasów, o których mówi film, działają one zupełnie inaczej. Staranniej, wnikliwiej, przezorniej. Ale, jak sądzicie, czy ich model biznesowy bardzo się zmienił? Tak, oczywiście. Zmienił się tak, jak i cały świat finansów...
„Mechanizm zamieniający 100 proc. ołowiu w rudę, która dawała 80 proc. złota i 20 proc. ołowiu, przyjmował ołów odpadowy z powrotem i zamieniał go znów w 80 proc. złota”.
The Big Short” opowiada o rynku, który bez ratingu nie mógłby działać. Rating to coś w rodzaju pieczątki, która pokazuje, że towar jest wysokiej jakości (np. AAA) albo że to chłam, którego lepiej nie tykać (np. CCC czy D). Za pierwszy trzeba więcej zapłacić, ale ryzyko, że się natniesz, nie jest wielkie. Za drugi płacisz grosze, ale nie licz na zbyt wiele: możesz stracić wszystko. Proporcjonalny do ryzyka jest twój ewentualny zysk. Oczywiście po rozpakowaniu zawsze może się okazać, że jest inaczej, niż zakładaliśmy. Teoretycznie taka sytuacja nie powinna się zdarzyć albo być absolutnym wyjątkiem (ale i wtedy niespodzianka nie powinna być zbyt duża). W praktyce, cóż – w praktyce bywa różnie.
Czyli pomysł jest bardzo dobry – żeby ktoś rzetelnie zbadał, z czym mamy do czynienia i postawił odpowiedni stempel. Gorzej, gdy udaje, że bada. Transze obligacji zabezpieczonych amerykańskimi kredytami hipotecznymi (także zaciągniętymi przez osoby w gruncie rzeczy niewypłacalne) miały zazwyczaj najwyższe oceny – AAA. Czasem niższe (BBB). Jednak nawet te gorsze obligacje mieszano i pakowano w „paczki” (już wiecie, co to są CDO), którym z kolei nadawano ocenę AAA. I tak w kółko. Czyli oficjalnie na rynku był wyłącznie towar najlepszego gatunku. Ołów przerabiano w złoto. I jeszcze chętnie przyjmowano zakłady, że to naprawdę złoto. Szaleństwo? Nawet nie wiecie, jak dobrze wynagradzane.
Interes kwitł. Bohaterowie filmu pierwsi postanowili zajrzeć, co jest w środku gustownego opakowania. Na szczęście oznaczało to nie tylko analizę danych i lekturę wielostronicowych dokumentów, której na dynamiczne obrazy nie zamieniłby nawet Steven Spielberg, ale także barwne spotkania z kredytobiorcami. Na przykład miłą „terapeutką” z baru, której jedyną wadą było kilka domów – i jeszcze więcej kredytów – na głowie. W jej branży zarobki nie były pewnie złe (z drugiej strony rodzaj oferowanej terapii sprawiał, że jej możliwości zarobkowania były ograniczone w czasie). Ale nie na tyle dobre, by po rychłej zamianie preferencyjnego oprocentowania na docelowe (dużo wyższe, a jakże) nie została po prostu z niczym. Z wyjątkiem orzeczenia o bankructwie. Czy muszę dodawać, że kobieta nie miała pojęcia, że odsetki wzrosną, a ona będzie zrujnowana? Cóż, miała do czynienia z genialnymi sprzedawcami. Ich też poznacie. Uwierzcie, że warto.
„Opowiedzieliśmy im o naszej transakcji, ale jestem więcej niż pewny, że nic z tego nie zrozumieli. SEC nie zajęła się problemem”.
U bawicie się, gdy się dowiecie, że agencji, banków i wszystkich uczestników tej szalonej gry ktoś pilnował – żeby nie robili kantów. Oczywiście, urzędnicy. To się nazywa tak samo jak u nas – nadzór finansowy. I zasadniczo działa lepiej.
Ale nie tym razem. Cóż, problemy wszędzie są te same. Jak mówi oględnie jeden z bohaterów: „Oni nie znali się na papierach wartościowych zabezpieczonych aktywami”. Nie znali się? Nie mieli o nich bladego pojęcia. O całym szwindlu z CDO, ratingami, zakładami i gigantycznym ryzykiem też nie. A pracownica nadzoru uczestnicząca prywatnie w wielkim zjeździe finansistów w Las Vegas wolała raczej polować na lukratywną posadę w dużej firmie niż na informacje, które mogłyby się jej przydać w dotychczasowej pracy. I wiecie co? Ja bym ją zatrudnił.
„Obsesja na punkcie uczciwości była kuzynką obsesji na punkcie sprawiedliwości”.
Chcecie wreszcie poznać tych, którzy otworzyli puszkę Pandory? Będziecie zaskoczeni. Doktor Michael Burry porzucił praktykę neurologiczną, żeby pomnażać cudze pieniądze na uczciwych zasadach. Łatwo to wytłumaczyć – jest nieprzystosowany społecznie. Cierpi na zespół Aspergera. Nie jest zdolny do manipulacji: jest szczery i uczciwy. Obsesyjnie. Niczego nie udaje. Nie lekceważąc choroby i jej przykrych skutków, możemy jednak podyskutować, w jakim świecie żyjemy, jeśli to się nazywa nieprzystosowaniem. Kto tu u licha jest nieprzystosowany i do czego?
Jeśli dorzucimy do tego wybitną inteligencję i również obsesyjną skłonność do wnikliwego analizowania interesujących go spraw, pojmiemy, dlaczego Burry jako pierwszy zauważył, że eksplozja kredytów hipotecznych w USA i opartych na nich instrumentów finansowych musi zakończyć się katastrofą. I dlaczego był gotów założyć się o to. Wiecie, że to on namówił banki na ten zakład? Tak, założył się z genialnymi finansistami i bankierami. Wygrał. Bo – chyba już to mówiłem – oni byli tylko chciwymi durniami. Chciwość sprawiła, że w ogóle chcieli się zakładać. Głupota, że nie zauważyli w porę, kto stoi na straconej pozycji.
A propos. Jeśli myślisz, że coś zyska na wartości i dlatego to kupujesz, finansista powie, że zająłeś pozycję długą. Jeśli obstawiasz, że ten sam towar czy instrument potanieje, finansista powie, że zająłeś pozycję krótką. Czyli w każdym zakładzie jedna strona to long, a druga short. A jak się zakładamy np. o miliard dolarów, to chyba jasne, że to big short? Czyli wiecie już, że Burry grał na krótko. Nie tylko on.
„Kto jeszcze zauważył, zanim kasyno się połapało, że można przewidzieć wyniki ruletki?”.
Poznacie też Jamiego Maia i Charliego Ledleya (w filmie Jamie Shipley i Charlie Geller), którzy z braku lepszego pomysłu na życie założyli w garażu fundusz ze 100 tys. dol. Zrobili z tego 30 mln, ale i tak drzwi do świata wielkich finansów musiał im otworzyć wspomniany na początku hodowca nasion i właściciel małej farmy kupionej na wypadek końca cywilizacji. A wcześniej – co za ironia – trader derywatów, czyli handlarz skomplikowanymi instrumentami finansowymi.
Spotkacie też Steve’a Eismana (w filmie Mark Baum), który jako dziecko studiował Talmud, by szukać w nim... sprzeczności. To chyba wiele wyjaśnia. Jeśli dodać do tego manię naprawiania świata, można zrozumieć, dlaczego stanął po innej stronie barykady niż stado cynicznych głąbów, których ujrzycie w Las Vegas (Wing Chau, doradca inwestycyjny, będzie dobrym ich reprezentantem).
„Było tam więcej durniów niż oszustów, ale to oszuści mieli większą władzę...”.
Wróćmy do tego, że chociaż Burry, Eisman i inni wygrali dużo pieniędzy, to w gruncie rzeczy zakładali się o coś więcej niż tylko o miliardy dolarów. Jak sami twierdzą, był to w rzeczywistości zakład o upadek systemu. Myślicie, że przegrali? Na to wygląda. Ale ostatecznie nie możemy tego rozstrzygnąć. Machina zagłady wciąż działa.
Bawcie się dobrze. I pamiętajcie o whisky.