Należy zacząć od tego, że koncepcja ustawowego regulowania rynku książki ma swoich przeciwników, także i w Polsce. Optuje za nią jedynie część środowiska, i warto o tym pamiętać, a organizacje i instytucje, choć szacowne, nie są jednak reprezentatywne dla znakomitej większości zainteresowanych. Co ciekawe, nawet wydane w 2007 r. przez Izbę Księgarstwa Polskiego, Instytut Książki i Polską Izbę Książki opracowanie pt. „Ustawa o książce, za i przeciw” sprowadza się do całej listy wzajemnie się wykluczających argumentów, danych i liczb oraz znamiennego i wielce wymownego stwierdzenia podsumowującego: „temat ustawowej regulacji rynku na pewno nie jest prosty” (s. 154).
Następne, co akurat najbardziej mnie irytuje, podczas dyskusji prawie zupełnie znika nam z widzenia autor i klient księgarni, czytelnik (choć nie są to pojęcia tożsame), a przecież to oni są tutaj najważniejsi. Wszystko, co jest między nimi – wydawcy, drukarze, introligatorzy, hurtownicy, księgarze i bibliotekarze – jest jedynie ogniwem pośrednim, ewoluującym w ciągu wieków, zmieniającym się w zależności od postępu technologii itd., o czym nie powinniśmy zapominać. Pełnili i pełnią oni niezwykle istotną, kulturotwórczą funkcję, niemniej jednak nie byłoby ich bez autora i czytelnika; ci zaś, nie tylko w teorii, mogą się bez nich obejść. Argumenty, że uzyskane dzięki ustawie pieniądze wydawcy i księgarze przeznaczą na honoraria dla autorów, wspieranie młodych talentów, promocję literatury ambitnej, czytelnictwa, profesjonalizację obsługi itd., trudno traktować poważnie.