Nasza gospodarka powinna sobie poradzić z upadkiem Grecji, gdyby do niego doszło – oceniają ekonomiści
Niepewność na rynkach finansowych związana z kolejną odsłoną greckiej tragedii prawdopodobnie będzie trwała co najmniej do końca miesiąca. Na razie trwa próba sił: Grecy przesłali do Brukseli swoje nowe propozycje, wczoraj późnym wieczorem zajmował się nimi szczyt przywódców strefy euro. Na sam fakt przesłania propozycji bardzo pozytywnie zareagowały wczoraj europejskie giełdy – najlepiej ateńska, której indeks na otwarciu wzrósł o 7 proc. Zgodnie z żądaniami wierzycieli Grecy zgodzili się na stopniowe podniesienie wieku emerytalnego do 67. roku życia i ograniczenie wcześniejszego przechodzenia na emeryturę, a także na reformę VAT, którego główna stawka ma wynosić 23 proc.
Reklama
Ale grecka oferta nie zakończyła sprawy. O ile unijni urzędnicy dość optymistycznie wypowiadali się rano na jej temat, nazywając ją rozsądną podstawą do kompromisu, o tyle szefowie państw i ministrowie finansów, którzy przyjeżdżali na spotkanie do Brukseli, studzili optymizm. Szczególnie sceptyczni byli Niemcy, których zdanie – jako największej gospodarki strefy euro – jest kluczowe.

Reklama
Porozumienie z Grecją powinno być osiągnięte przed końcem miesiąca. Do tego czasu Ateny muszą zwrócić ratę pożyczki z Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Inaczej Grecji grozi bankructwo i wyrzucenie ze strefy euro.
Na razie żaden z ekspertów, z którymi rozmawialiśmy, nie traktuje takiego scenariusza jako najbardziej prawdopodobnego. Raczej obstawiają, że dojdzie do zagaszenia bieżącego pożaru, Grecy dostaną kolejną transzę pomocy finansowej, z której spłacą dług wobec MFW, a do problemu wrócimy, gdy Hellada będzie musiała spłacić kolejną ratę długu.
Gdyby jednak nawet nastąpił tzw. grexit, to polska gospodarka i tak powinna sobie z tym poradzić. Nasze powiązania gospodarcze z Grecją są dość luźne. Wartość polskiego eksportu do tego kraju w 2014 r. wyniosła 608,4 mln euro, Grecja była dopiero 32. w zestawieniu polskich kierunków eksportowych. Polskie banki i sektor finansowy raczej nie mają greckich aktywów w swoich portfelach. To przypuszczenie, ale bardzo prawdopodobne. Banki w Polsce z nielicznymi wyjątkami nigdy nie były zainteresowane greckimi obligacjami, a po kryzysie z lat 2009 i 2010 instytucje prywatne w całej Europie unikają ich jak ognia.
O ryzyku związanym z grexitem rozmawiali wczoraj premier Ewa Kopacz, prezes NBP Marek Belka i minister finansów Mateusz Szczurek. Szefowa rządu po spotkaniu też uspokajała: polska gospodarka poradzi sobie z upadkiem Grecji.
– Wzrost gospodarczy jest przede wszystkim oparty na popycie wewnętrznym, a nie dopływie kapitału zagranicznego. To powoduje, że dzisiaj zarówno nasz sektor bankowy, jak i finanse publiczne są zupełnie bezpieczne – mówiła premier Kopacz.
Ale o zupełnie bezbolesnym przejściu przez grexit nie ma mowy. Inwestorzy zaczęliby zapewne wycofywać kapitał ze strefy euro i rynków wschodzących, takich jak Polska. To doprowadziłoby do osłabienia naszych obligacji i złotego. Konsekwencje? Np. problem z frankiem szwajcarskim, który przynajmniej w początkowej fazie by się umocnił.
– Co prawda polskie banki są kapitałowo mocne, ale do jakichś zaburzeń płynnościowych mogłoby dojść, szczególnie w kontekście finansowania portfela kredytów walutowych. Poważnych problemów jednak nie przewiduję, bo ten portfel od jakiegoś czasu się już nie zwiększa, a jego kontrola jest w bankach obecnie lepsza niż w przypadku innych aktywów – ocenia Grzegorz Maliszewski, główny ekonomista Banku Millennium.
Największe ryzyko powodowałyby reperkusje kryzysu dla samej strefy euro, a dokładniej dla gospodarki niemieckiej, z którą Polska jest ściśle związana.
– W Niemczech ożywiły się inwestycje, gospodarka wychodzi ze stagnacji. Takie wydarzenie, jak potencjalne wyjście Grecji ze strefy euro, nie sprzyja inwestycjom, bo powoduje wzrost niepewności w gospodarce. Dlatego pytania o trwałość niemieckiego ożywienia są uzasadnione – mówi Marta Petka-Zagajewska, ekonomistka Raiffeisen Polbanku. I dodaje, że wyhamowanie w Niemczech może oznaczać kłopoty dla polskiego eksportu.
Ekonomiści jednak uspokajają: nawet jeśli doszłoby do zaburzeń na rynkach, to osłabienie złotego nie powinno być długotrwałe. Polska ma bardzo niski deficyt na rachunku obrotów bieżących (według prognoz PKO BP możemy mieć w tym roku nawet nadwyżkę), obniżyliśmy też deficyt finansów publicznych, co sprawia, że w sytuacji kryzysowej będzie można pobudzać gospodarkę publicznymi wydatkami. Gdyby tąpnięcie na złotym było naprawdę silne, to do akcji mogą wkroczyć NBP i Ministerstwo Finansów, interweniując na rynku. Taki krok zapowiedział wczoraj minister finansów Mateusz Szczurek.