Z wielkim entuzjazmem, podobnie jak sprowadzenie Pendolino, spotkało się w kręgach politycznych i mediach ogłoszenie o rozpoczęciu budowy w Lublinie dwóch „inkubatorów przedsiębiorczości”.
Problem jednak w tym, że podobnie jak w przypadku Pendolino pożyteczność tego bardzo kosztownego przedsięwzięcia jest nader wątpliwa. Gorzej: od pewnego czasu już wiadomo, że tak modne jakiś czas temu inkubatory są trwonieniem pieniędzy podatników. Czas więc wziąć pod lupę projekty istniejących, a zawłaszcza przyszłych inkubatorów przedsiębiorczości na Lubelszczyźnie (podobno ma ich być szesnaście). Dlaczego?
Reklama
Po pierwsze, inkubatory nie przynoszą pożądanych rezultatów.

Reklama
Efektywne wdrażanie programów wspierania przedsiębiorczości czy innowacji nie jest łatwe. Niedawne studium Fundacji Kauffmana, przeprowadzone przez Aziza Gilaniego, dyrektora firmy venture capital DFJ Mercury, nad 29 amerykańskimi inkubatorami akademickimi zwanymi tam Startup Accelerator przyniosły pożałowania godne wyniki. Ponad 45 proc. z nich nie dało ani jednego absolwenta, który przeszedłby do fazy pozyskiwania finansowania. Gdy próbowano ocenić i porównać ich funkcjonowanie, konkluzja była brutalna: wyniki są zbyt kiepskie, żeby dawało się je sensownie analizować.
Podobnie, choć dużo wcześniej – na innym krańcu świata, w Australii – podjęto próbę oceny wsparcia dla współpracy pomiędzy nauką i biznesem przez stworzenie w roku 1991 Cooperative Research Centres (CRS). „Przez 11 lat swojej działalności wiele spośród 123 ośrodków zniknęło bez śladu, pośród opowieści o bezsensownych kłótniach, arogancji i ignorancji związanej z procesem komercjalizacji” – pisano w prestiżowym czasopiśmie biznesu „BRW” pod znamiennym tytułem „Świetny pomysł, żałosne wyniki”. W ciągu pierwszych 11 lat ośrodki te pochłonęły oszałamiającą sumę 7,2 mld dolarów... (Proszę wziąć poprawkę na inflację).
Po drugie: po co te opóźnienia?
W niektórych elementach programu doszukać się można pewnej wartości: szkolenia, doradztwo itp. Pytanie jednak – jeśli mamy wartościowe elementy takiego programu, to dlaczego z ich uruchomieniem musimy czekać na wybudowanie „pudła”?

Inkubatory przedsiębiorczości się nie sprawdzają, a nakłady na nie są zawłaszczane. Jednak w takich obszarach pojawiające się patologie trudniej wykryć niż np. przy budowie dróg, gdzie kłują w oczy ekrany chroniące przed hałasem polne zające

Istniejące organizacje, jeśli mają dostateczne moce przerobowe, nie potrzebują przecież nowego lokum, by takie działania uruchomić. I można by to zrobić „na już”. Czas to pieniądz, a czasem nawet więcej: to kwestia tego, czy młodzi ludzie będą mogli znaleźć na Lubelszczyźnie pracę, czy też będą się czuli zmuszeni wyemigrować – do Warszawy czy do Anglii...
Działanie „na już” ma też kluczowe znaczenie ze względu na gromadzenie doświadczeń, wiedzy na temat tego, co działa, a co nie. Jeśli taką wiedzę zbudujemy, to w następnych latach będziemy mogli tworzyć efektywniejsze programy.
Po trzecie: zadziwiający transfer majątku.
Zadziwiający element finansowania inkubatorów przedsiębiorczości to zapis, o którym nie ma wzmianki w doniesieniach medialnych: wybudowane inkubatory po trzech latach przechodzą na własność organizacji – realizatora projektu. Cóż, nie sposób dopatrzeć się społecznego pożytku z takiego transferu. W efekcie można szacować, że: 40 proc. nakładów zostanie przeniesionych w postaci postawionych budynków na rzecz realizatorów projektu, 40 proc. pochłoną koszty zarządzania i promocji (projekty unijne mają bardzo wysokie koszty tego typu – tak ze względu na ich wymagania, jak i brak motywacji do efektywnego gospodarowania środkami), a jedynie ok. 20 proc. przewidywanych nakładów zostanie spożytkowane na działania związane z rozwojem przedsiębiorczości.
Szacując, że około jednej czwartej administracyjnych kosztów projektów unijnych jest potrzebnych, dochodzimy do wniosku, że istnieje uzasadniona obawa, że zaledwie jedna trzecia nakładów będzie wydawana na właściwy cel (choć, jak już wiemy z rozlicznych badań, i tak nieefektywnie), a 40 proc. zostanie zawłaszczone. Wiem – realizatorami projektów są organizacje „not-for-profit”, nie dla zysku. Ale jak widzimy na przykładzie SKOK-ów, majątek taki bez większych trudności może być przekazany w ręce prywatne, już nie mówiąc o tym, że istnieje prostszy, mniej jaskrawy sposób prywatyzacji społecznego majątku. Metoda ta, ćwiczona przez wiele organizacji służących jakoby społecznemu pożytkowi, sprowadza się do tego, że nakłady na szczytne cele służą przede wszystkim finansowaniu dostatniego życia zaradnych kierownictw takich organizacji.
W obszarze innowacji i przedsiębiorczości pojawiające się patologie trudniej wykryć niż np. przy budowie dróg, gdzie kłują w oczy ekrany chroniące przed hałasem polne zające. Niestety, działania te, mające zdynamizować polską gospodarkę i pomóc tworzyć miejsca pracy, są w ogromnej części marnotrawione. Widziałem uczelniany inkubator przedsiębiorczości sfinansowany kosztem 18 mln zł, w którym działało sześć firm, zatrudniających kilkanaście osób, czy też bardzo kosztowne laboratorium dobrej skądinąd politechniki, działające (po roku od uruchomienia) na 20 proc. możliwości. Pora, by nasi rządzący zajęli się nie tylko lepszą przyszłością krewnych i znajomych, ale i troską o lepsze rozdysponowanie publicznego grosza.
Pora, by dziennikarze przestali łykać jak głodne pelikany wszystkie PR-owe komunikaty, którymi potem karmią ciemny lud. Pora, by poza kibicowaniem coraz to nowym pyskówkom pokusili się o rzetelne analizy celowości, opłacalności i realizacji najrozmaitszych projektów – od Pendolino, przez Stadion Narodowy i autostrady, po programy przedsiębiorczości i innowacyjności.
Pora też wreszcie, byśmy my, jako obywatele, zaczęli pytać naszych posłów, radnych i włodarzy: Co robicie z naszymi pieniędzmi? Czy wiecie, że się marnują? Jeśli nie wiecie, to czy to dlatego, że nie chciało się wam dowiedzieć, czy dlatego, że wam tak wygodniej, czy też dlatego, że na tym właśnie uwłaszczają się wasi krewni i kumple?
Nie znaczy to oczywiście, że przedsiębiorcy, menedżerowie i pracownicy powinni czekać, aż coś się zmieni na górze. Bo i na górze są pozytywne zmiany z punktu widzenia długofalowej konkurencyjności polskiej gospodarki. Pieniądze – już za parę miesięcy znów mają być. Ale teraz już nie będzie kasy na budynki i linie technologiczne, tylko na innowacje. Ale by „zacząć robić innowacje”, potrzebujemy – jako naród – przełamać mentalność dziewiętnastowiecznego kapitalizmu i walki klasowej. Potrzeba, by pracownicy, każdy na swoim stanowisku pracy, troszczyli się o wydajność i jakość produkcji w swojej firmie. Bo przecież tylko dochodowa firma może zapewnić stałe miejsca pracy i godziwe zarobki. Tak, nie jest to oczywiste ani łatwe, nie tylko u nas. W amerykańskich korporacjach na 100 pracowników wypada rocznie zaledwie 16 wdrożonych usprawnień. Ale można to zrobić: Toyota przesunęła się z podobnego poziomu do... 48 wniosków na jednego (!) pracownika.
Klucz do wyzwolenia pomysłowości tkwi więc w rękach właścicieli i kadry menedżerskiej: to oni mogą stworzyć wspierający i inspirujący klimat dla rodzenia się innowacji.
Przełomowe innowacje (nawet w skali firmy, niekoniecznie w skali światowej) wymagają oczywiście czegoś więcej niż stworzenie dobrego klimatu: systematycznej strategii poszukiwań, akceptacji (ale i minimalizacji) ryzyka, odpowiedniej adaptacji procedur (czy po prostu obyczajów) w firmach.
Systematyczne badania porównawcze pokazują, że w praktyce rzeczywisty poziom innowacyjności nie zależy od wysokości nakładów, ale od tego, jak wydajemy. I jest to pytanie, które sobie powinny postawić w Polsce władze, obywatele i dziennikarze. A na swoich podwórkach firmy i ich pracownicy, a przede wszystkim menedżerowie i właściciele.
Warto zadać sobie trzy fundamentalne pytania:
– czy jest sens realizować kosztowne, wielomilionowe projekty, które według profesjonalnych analiz nie przynoszą pożytku, a w najlepszym nawet razie stawiają w uprzywilejowanej pozycji kilkanaście firm?
– czy można mieć nadzieję, że rozliczne firmy i fundacje noszące w nazwach piękne słowa „przedsiębiorczość” i „innowacje” będą zainteresowane poszukiwaniem efektywnych strategii, jeśli te nieefektywne dają możliwość ustawienia się na długie lata?
– czy zupełny brak głosów partii opozycyjnych dotyczących marnotrawstwa grosza publicznego, jak i stwarzania okazji do uwłaszczania się na społecznym majątku przez zaprzyjaźnione organizacje wynika z niekompetencji tychże (jak chcą optymiści), czy też z chęci dorwania się samemu do takich możliwości (jak chcą tego cynicy)?
Środki trwonione i przewłaszczane w ramach projektów związanych z innowacją i przedsiębiorczością są wielokrotnie wyższe niż wywołujące medialne burze o kilometrówki czy lotnicze podróże posłów. Czy, kto, kiedy i jak zabierze się porządnie do analizy sensowności wydawania państwowych, czyli naszych, społecznych pieniędzy?