Z 98 procent do zera – o tyle w ciągu dziesięciu lat spadł odsetek rosyjskiej ropy w ogólnym imporcie Orlenu. Teraz celem powinno być zagwarantowanie, że nie powtórzy się sytuacja, w której polski koncern będzie uzależniony od jednego, dużego dostawcy – wszystko jedno, z którego kierunku. Do tego celu prowadzą dwie drogi.

Pierwsza z nich to dywersyfikacja kierunków dostaw ropy. Przeciwnicy fuzji Orlenu z Lotosem polemizowali z argumentem, że współpraca Orlenu z Aramco jest korzystna, bowiem pozwala na szybkie zastępowanie rosyjskiej ropy surowcem wyższej jakości z saudyjskich złóż. Według nich błędem będzie zastępowanie jednej zależności drugą.

Piotr Balcerowski, wiceprezes Instytutu Staszica (IS). / Materiały prasowe

Dzisiaj widać, że Orlen tego błędu stara się uniknąć. Pomysły, aby w ogóle nie wiązać się stałymi kontraktami z Aramco i innymi dużymi graczami, a ropę kupować na rynkach spotowych, należą do kategorii fantastycznych. Ale już zasada, by jeden dostawca nie odpowiadał za więcej niż połowę wolumenu dostaw, jest możliwa do realizacji i – co istotne – utrzymania. Obecnie Orlen sprowadza ropę także z basenu Morza Śródziemnego, z Ameryki Łacińskiej, a właśnie została podpisana umowa z BP na dostawę do 6 mln ton w ciągu roku ze złóż w Norwegii na Morzu Północnym. Pierwsze tankowce z norweską ropą przypłynąć mają za kilka tygodni.

Ta dywersyfikacja ściśle wiąże się z dokonany procesem połączenia z grupami Lotos i PGNiG. Jako jeden z dziesięciu największych koncernów energetyczno-paliwowych w Europie Orlen ma większe szanse negocjowania korzystnych kontraktów z globalnymi gigantami, właśnie takimi jak BP. Ale ten potencjał daje jeszcze jedną możliwość, będącą w zasadzie koniecznością, także w wymiarze dbania o bezpieczeństwo surowcowe. To inwestycje w nisko- i zeroemisyjne źródła energii.

Nie ma wątpliwości, że nie ma odwrotu od zielonej zmiany w energetyce. A ona oznacza również stopniowe odchodzenie od surowców kopalnych, z ropą na czele. Dbając o to, by dywersyfikować kierunki dostaw ropy, Orlen musi spełniać swoje obietnice inwestycji w zieloną energię. W upstream, fotowoltaikę i małe reaktory jądrowe w technologii SMR. Odnoszę wrażenie, że komentatorzy zbyt wielki nacisk kładą na dyskusję o tym, z jakich kierunków i za ile Orlen importuje ropę, czy łupi czy też nie łupi kierowców, a zbyt mały na analizowanie, jak wygląda realizacja zapowiedzi wielkich inwestycji w OZE. A przecież kluczowym uzasadnieniem fuzji Orlenu z Lotosem i PGNiG była nie obietnica taniej ropy i taniego gazu, lecz wzięcie przez koncern na swoje barki ciężaru przebudowy polskiej energetyki. To Orlen ma być liderem zmian. Zmian z jednej strony koniecznych i nieuniknionych ze względu na unijną politykę klimatyczną, a z drugiej strony korzystnych dla Polski. Bo im więcej OZE – budowanych przez polskie firmy – tym mniej szans, że ktokolwiek zastosuje wobec nas szantaż zakręcenia kurka. A w cieniu tego szantażu nasz kraj i nasza gospodarka funkcjonowała ponad trzydzieści lat…

dr Piotr Balcerowski

wiceprezes Instytutu Staszica

partnerem publikacji jest Instytut Staszica