Jeszcze rok czy dwa lata temu zjawisko deflacji traktowaliśmy jedynie jako ćwiczenie czysto intelektualne. Jako coś bardzo odległego, nierealnego i znanego głównie z podręczników ekonomii.
Mało kto (jeśli w ogóle ktokolwiek) na poważnie myślał, że i u nas może pojawić się deflacja. Tymczasem w ubiegłym roku inflacja sprawiła nam wszystkim sporą niespodziankę i zanurkowała poniżej zera. Reakcją rynków, decydentów i analityków było typowe wyparcie, czyli podejście, które można było opisać frazą: „Tak, mamy deflację, ale jest to zjawisko tymczasowe, krótkotrwałe i ulotne, które zniknie szybciej, niż się pojawiło. Najpóźniej za kilka miesięcy”. Minęło rzeczone kilka miesięcy. Deflacja jak była, tak jest. Tyle że jeszcze głębsza.
Większość obserwatorów rzeczywistości gospodarczej przeszła więc na etap racjonalizacji. Pojawiło się mianowicie twierdzenie, że tak naprawdę mamy dwie deflacje: dobrą i złą. Zła sprawia, że w obliczu spadających cen konsumenci odkładają zakupy w czasie, powodując tym samym, że gospodarka spowalnia coraz bardziej, coraz bardziej też pogrążając się w deflacyjnej spirali. Zaś dobra deflacja to ta, która powoduje, że rośnie siła nabywcza dochodów gospodarstw domowych, a wraz z nią konsumpcja. Panuje przekonanie, że my mamy do czynienia z tą dobrą deflacją, która nie spowoduje przecież żadnych negatywnych konsekwencji dla gospodarki. Wprost przeciwnie, ma na nią wpływ dobroczynny: ceny spadają i poprzez rosnącą siłę nabywczą polskich konsumentów dodatkowo napędzają wzrost gospodarczy.