Komisja Europejska chce jeszcze w marcu porozumieć się z pozostałymi stronami trilogu - Radą Unii Europejskiej i Parlamentem Europejskim - w sprawie nowych przepisów dotyczących Facebooka, Google’a i innych big techów.
Chodzi o akt o rynkach cyfrowych (DMA), który ma zapewnić uczciwą konkurencję poprzez ograniczenie potęgi największych graczy (gatekeepers, strażników dostępu). Zasadą tej regulacji jest proporcjonalność: im większa platforma, tym większe przypadną jej obowiązki. Podczas przesłuchania w Parlamencie Europejskim pilotująca to rozporządzenie unijna komisarz ds. konkurencji Margrethe Vestager powiedziała, że w negocjacjach poczyniono spore postępy. Jak relacjonuje Reuters, zapewniła też, że po osiągnięciu porozumienia w trilogu dalsze prace nad wprowadzeniem DMA potoczą się „niemal błyskawicznie”. Razem z projektem DMA w grudniu 2020 r. Komisja Europejska przedstawiła też pierwszą wersję kodeksu usług cyfrowych (DSA). To rozporządzenie dotyczy także mniejszych graczy i precyzuje obowiązki platform w odniesieniu do umieszczanych na nich treści oraz sprzedawanych w sieci produktów i usług. Zwiększa też transparentność działania serwisów internetowych.
Szczególne emocje budzą przepisy o usuwaniu postów i innych materiałów z mediów społecznościowych. DSA ma zagwarantować, że nielegalne treści będą usuwane, ale zarazem każdy internauta będzie miał szansę bronić swoich wpisów. Jak poważne bywają konsekwencje materiałów krążących na platformach, wiadomo od dawna. Cezurą był 2017 r., gdy posty na Facebooku skutecznie podjudziły do przemocy wobec muzułmańskiej grupy etnicznej Rohingja w Mjanmie. Dziś w sieciach społecznościowych toczy się bój wywołany przez rosyjską napaść na Ukrainę. Pytana niedawno przez „The Verge” o wnioski z tej sytuacji Vestager przyznała, że istnienie mediów społecznościowych pozwala rozwijać propagandę i dezinformację w stopniu, jaki jeszcze 10 lat był nie do pomyślenia. - Dlatego tak ważna jest dobra współpraca z platformami, aby zapewnić, że propaganda nie będzie tam dozwolona - stwierdziła Dunka.
Reklama
W Wielkiej Brytanii odpowiednikiem unijnego kodeksu będzie ustawa o bezpieczeństwie w internecie, której projekt w czwartek trafił do parlamentu. Odpowiedzialny zań resort cyfryzacji, kultury, mediów i sportu podkreśla, że to kamień milowy w walce o bezpieczeństwo użytkowników platform internetowych i pociągnięcie big techów do odpowiedzialności. Głównym zadaniem tej regulacji jest ochrona przed nielegalnymi i szkodliwymi treściami „przy zachowaniu wolności słowa”. Media społecznościowe, wyszukiwarki, aplikacje i strony internetowe pozwalające internautom na umieszczanie treści będą musiały m.in. chronić dzieci (np. przed pornografią) i zwalczać nielegalną aktywność. Usuwać trzeba będzie także wpisy „legalne, lecz szkodliwe”. Ministerstwo informuje, że będą to np. treści nękające, narażające na samookaleczenie, zaburzenie odżywiania itp. Określi je rząd, a zatwierdzi parlament.
Na firmy, które nie będą przestrzegały nowych przepisów, Ofcom - brytyjski regulator rynku mediów elektronicznych - będzie nakładał kary nawet do 10 proc. globalnych obrotów rocznych. Będzie miał też prawo blokować witryny łamiące ustawę. - Wsiadając do samochodu, zapinamy pasy bezpieczeństwa, nawet się nad tym nie zastanawiając. Biorąc pod uwagę wszystkie zagrożenia online, rozsądne jest stosowanie podobnej ochrony - stwierdziła szefowa resortu cyfryzacji Nadine Dorries. - Jeśli nie będziemy działać, ryzykujemy zdrowie i niewinność niezliczonych pokoleń dzieci, powierzając je mocy niekontrolowanych algorytmów - dodała.
Oprócz eliminowania szkodliwych materiałów ustawa ma też zagwarantować swobodę wypowiedzi w sieci. Dlatego internauci zyskają prawo do odwołania, jeśli uznają, że ich post został niesłusznie usunięty. Ochronie dziennikarstwa i demokratycznej debaty służy zaś wyłączenie spod nowych regulacji treści informacyjnych. Najwięcej komentarzy wywołały jednak zapisy przewidujące do dwóch lat więzienia dla wyższych menedżerów Facebooka i innych platform, jeśli np. przekażą regulatorowi nieprawdziwe informacje lub zniszczą dowody. W kontekście wprowadzonego niedawno w Rosji prawa - z karą 15 lat więzienia za opublikowanie informacji, którą władze uznają za fake news - Matthew Lesh, szef polityki publicznej w Instytucie Spraw Gospodarczych, w rozmowie z Reutersem określił propozycję brytyjskiego rządu jako „przerażającą”.
Miliardy użytkowników mediów społecznościowych / Dziennik Gazeta Prawna - wydanie cyfrowe