Jego zdaniem konsumenci odczują to w pełni za dwa–trzy tygodnie, a podwyżki mogą wynieść nawet kilkadziesiąt procent. – Jeśli dziś bochenek chleba kosztuje średnio ok. 5 zł, to jego cena skoczy do ponad 6 zł. W kolejnych miesiącach nie wykluczam dalszych wzrostów i ceny bliższej 9–10 zł na koniec roku – komentuje.
Podwyżki cen szykują się też w innych kategoriach żywności. Przede wszystkich tych, przy produkcji których podstawowym surowcem jest zboże osiągające kolejne rekordy. Za tonę pszenicy konsumpcyjnej trzeba już płacić minimum 1,8 tys. zł, a paszowej – 1,75 tys. zł. Tydzień wcześniej ceny zaczynały się odpowiednio od 1,4 tys. zł i 1,1 tys. zł.
Zdrożeje mięso, zwłaszcza drobiowe. – Ale i wieprzowina, która dotychczas była stosunkowo tania. Dlatego w jej przypadku i przetworów z niej podwyżki będą dla konsumentów bardziej odczuwalne – mówi Magdalena Kowalewska, analityk sektora Food & Agri w BNP Paribas. Prognozuje, że mogą wynieść nawet ponad 10 proc. na sklepowej półce. – Tym bardziej że w ubiegłym roku nastąpiła redukcja pogłowia świń w związku z mniejszym popytem z Chin i nadpodażą żywca w UE. Na koniec 2021 r. pogłowie było niższe o 13 proc. rok do roku. W tym roku można natomiast oczekiwać na wzrost popytu. Po COVID-19 odradza się sektor gastronomiczny. Do tego na skutek przyjazdu uchodźców z Ukrainy mamy więcej konsumentów – tłumaczy Magdalena Kowalewska.
Reklama
Analitycy spodziewają się wzrostu popytu na jajka, ponieważ są najtańszym źródłem białka zwierzęcego i wielu konsumentów zastąpi nimi częściowo mięso. A większy popyt w powiązaniu z droższymi kosztami produkcji oznacza wzrost cen o co najmniej kilka procent.

Reklama
Ceny zboża będą miały też przełożenie na ceny wyrobów mleczarskich. Te w 2022 r. mogą być droższe w sumie średnio o kilkanaście procent w porównaniu do 2021 r.
Podobnych podwyżek nie można wykluczyć także w segmencie tłuszczów roślinnych. Ukraina to jeden z głównych dostawców oleju rzepakowego. Odpowiada za połowę globalnego eksportu. Oprócz tego jest znaczącym dostawcą soi. Już dziś ceny olejów są dwa razy wyższe niż w latach 2014– –2019. Przed nami natomiast kolejne wzrosty od kilku do kilkunastu procent – mówią analitycy BNP Paribas.
Renata Juszkiewicz, prezes Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji, przyznaje, że sytuacja jest wyjątkowa. Sieci dostają od producentów nowe cenniki, na które przystają, bo trudno z nimi dyskutować. – W związku z wojną w kilku kategoriach żywności nastąpiło załamanie łańcucha dostaw, co wraz ze wzrostem spekulacji zaczęło windować ceny żywności. Mamy ogromne oczekiwania ze strony producentów na podnoszenie cen nabiału, olejów, mąki, kasz i innych produktów podstawowych – tłumaczy Juszkiewicz.
Dodatkowo, jak zauważają eksperci, osłabienie złotego, a nawet euro vs dolar spowodowało, że eksport stał się bardziej opłacalny dla producentów. Istnieje ryzyko, że nieuwzględnienie oczekiwań dostawców na wewnętrznym rynku sprawi, że będą oni bardziej chętni eksportować swój towar.
Według producentów negocjowanie cen z handlowcami nie idzie tak łatwo. – To będzie musiało się zmienić, inaczej producenci przestaną dostarczać towary. Co więcej, podwyżki muszą uwzględniać inflację producencką, która przekracza już 30 proc. A to oznacza, że czekają nas dużo większe podwyżki od tych, z którymi dziś mamy do czynienia – mówi Andrzej Gantner, dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności. Nie uważa też, by nastąpiło ograniczenie dostępu do produktów w związku ze wzrostem eksportu, który faktycznie stał się bardziej opłacalny. – Trzeba pamiętać, że eksportem zajmuje się ok. 15 proc. firm. Pozostałe wciąż walczą o wewnętrzny rynek. Poza tym nikt nie zaryzykuje utraty pozycji w kraju na rzecz podboju zagranicznych rynków. Jej odzyskanie będzie bowiem bardzo kosztowne – przyznaje Gantner.
Jak przewidują ekonomiści z NBP, w tym roku żywność podrożeje o 9,8 proc. Podobnie szacuje w swoim raporcie Credit Agricole. Analitycy prognozują, że inflacja w samej tylko kategorii żywności zwiększy się w 2022 r. do 9,2 proc. wobec 3,2 proc. w 2021 r.
Zdaniem Andrzeja Gantnera to ostrożne szacunki. Według niego, jeśli konflikt szybko się nie skończy, a niekorzystna sytuacja na rynku surowcowym będzie się pogłębiała, podwyżki mogą wynieść nawet ponad 10 proc. ©℗