Reklama
Organizacje rolnicze składają już swoje zastrzeżenia do uruchomionego przez resort w tym miesiącu programu wsparcia. Ich zdaniem przewidziane mechanizmy mogą nie przynieść zamierzonego skutku, jakim jest odbudowa branży nadszarpniętej przez ASF i skutki COVID-19.
Resort rolnictwa chce przekazać na wsparcie rolników 200 mln zł. W tej kwocie mogą liczyć na zwrot części środków na bioasekurację, wyrównanie ubytku dochodów w następstwie zaniżonej ceny skupu żywca w strefach ASF, osłonę zaciągniętych zobowiązań czy wsparcie w odbudowie pogłowia świń.
Choć rolnicy z zadowoleniem przyjmują to, że rząd będzie wyrównywał ceny z tzw. czerwonych stref ASF, ekonomiści mają wątpliwości, czy to dobre rozwiązanie. – Przeznaczenie 150 mln zł na wyrównanie kwoty obniżonego dochodu oznacza w praktyce subsydiowanie produkcji przez państwo. Co więcej, może się okazać, że w wielu przypadkach tę dotowaną produkcję i tak zaraz będzie trzeba likwidować ze względu na ogniska ASF, a tym samym cel w postaci utrzymania produkcji nie zostanie osiągnięty – ocenia Jakub Olipra, ekonomista i ekspert ds. rynków rolnych w Credit Agricole. W jego ocenie lepszym rozwiązaniem byłoby przeznaczenie większych środków na dotowanie bioasekuracji (czyli działań ograniczajacych w gospodarstwie liczbę wirusów, bakterii i szkodników mogących roznosić choroby), która zwalcza przyczyny, a nie skutki. Na ten cel przewidziano jednak zaledwie 15 mln zł. To meblowanie mieszkania, w którym wciąż tli się pożar – nic nam nie da, że wstawimy nową szafę do pokoju, który zaraz może spłonąć. Najpierw trzeba ugasić pożar – mówi analityk
We wtorek Krajowa Rada Izb Rolniczych (KRIR) zwróciła się jednak do ministerstwa z prośbą o inne zmiany w zaproponowanym pakiecie pomocowym. Rolnicy oceniają, że pieniędzy nie jest zbyt wiele, a ich część jest kierowana w nieodpowiednie segmenty produkcji. To sprawia, jak wskazuje KRIR, że obecna forma pomocy może nie sprzyjać odbudowie branży.

Reklama
Jednym z czynników, który może to uniemożliwić, jest objęcie programem również systemu nakładczego – w którym rolnik podpisuje umowę z konkretnym przetwórcą. Po stronie odbiorcy leży nie tylko zakup zwierząt, ale też zapewnienie opieki weterynaryjnej i paszy. Po przewidzianym w umowie okresie odbiera zwierzęta za ustaloną wcześniej cenę. Choć z perspektywy pojedynczych rolników ma to swoje zalety, bo po zawarciu umowy nie muszą już martwić się o wahania cen, to wielu producentów uważa, że taka forma w rzeczywistości nie wspiera rozwoju polskiej branży. Obawy dotyczące tuczu nakładczego podziela KRIR. „System nakładczy nie powinien być ujęty w Programie dla sektora wieprzowiny, ponieważ funkcjonuje on niejako poza rynkiem, gdyż mechanizm «wynagradzania rolnika» za jego pracę i zużycie środków do produkcji nie odzwierciedla aktualnej sytuacji cenowej” – argumentuje izba.
Jak dodaje organizacja, w dłuższej perspektywie takie rozwiązanie może być szkodliwe dla samych rolników, którzy dopiero po dłuższym czasie mogą się zorientować, że zawierane z odbiorcami umowy nie są opłacalne. „Kalkulacje kosztów w tym systemie nie przewidują amortyzacji, co może być odbierane mylnie przez producentów jako działalność opłacalna. W dłuższym przedziale czasowym właścicielom tak zorganizowanej produkcji zabraknie środków na odtworzenie majątku trwałego, co może doprowadzić do ich bankructwa” – ocenia KRIR.
Do zamknięcia tego wydania DGP nie otrzymaliśmy od resortu odpowiedzi, czy uwzględni zastrzeżenia KRIR.
Jak zauważają eksperci, faktyczne ograniczanie się rolników do jedynie kilku etapów produkcji, co m.in. zakłada tucz nakładczy, jest jedną z głównych bolączek polskiej branży, która jeszcze przed epidemią afrykańskiego pomoru świń miała duże kłopoty. – Polski sektor trzody chlewnej jest w trudnej sytuacji nie tylko przez ASF, ale też przez jego niską od lat konkurencyjność. Dziś jesteśmy uzależnieni od importu warchlaków z zagranicy. Przez to nasza aktywność w tej branży ogranicza się na ogół tylko do tuczu i uboju, co bardzo niekorzystnie wpływa na marżowość działalności – ocenia Jakub Olipra.
Od naszego wejścia do UE nieprzerwanie rośnie import warchlaków. W 2004 r. wynosił niewiele ponad 134 tys. sztuk. W ubiegłym roku było to już prawie 6,5 mln. Od lat mamy kryzys w krajowej produkcji. Z ubiegłotygodniowego spisu rolnego wynika, że w ciągu dekady liczba świń spadła o 26,8 proc., w tym loch o 42,8 proc.
– Gdy wchodziliśmy do UE sektor trzody chlewnej wydawał się jednym z najmocniejszych segmentów polskiego rolnictwa – byliśmy jednym z kluczowych graczy na europejskim rynku. O wiele większe obawy dotyczyły rynków drobiu czy mleka. To mogło osłabić czujność i skłonność do restrukturyzacji i modernizacji. Później sytuację pogorszyło rosyjskie embargo handlowe i ASF – te czynniki sprawiły, że produkcja bardzo straciła na opłacalności – wskazuje Jakub Olipra.
I jak dodaje, trudno spodziewać się, że w dalszej przyszłości koniunktura zasadniczo się odwróci. – Długoterminowe perspektywy dla trzody chlewnej też nie są najlepsze – konsumenci na świecie coraz częściej wybierają drób zamiast wieprzowiny, a to, że w wielu częściach świata wieprzowiny się nie jada wcale, skutecznie odbiera część szans eksportowych. Unijna strategia „Od pola do stołu” zakładająca zmniejszenie produkcji zwierzęcej również nie będzie sprzyjać rozwojowi branży – przyznaje ekspert.