Zgodnie z obowiązującym reżimem sanitarnym wykrycie wirusa na fermie skutkuje wybiciem całego stada. Ma przeciwdziałać to rozprzestrzenianiu się zakażeń na ludzi i ewentualnej dalszej mutacji wirusa. Zdaniem właścicieli ferm władza wykorzystuje COVID-19 do zamknięcia branży i zrealizowania tym samym założeń ubiegłorocznej piątki dla zwierząt. Nie chcą podporządkowywać się decyzjom weterynarzy, bo, jak mówią, bronią swojego dorobku życia. Część hodowców deklaruje, że nie będzie wpuszczać do swoich gospodarstw lekarzy weterynarii w celu pobierania próbek na obecność koronawirusa u zwierząt.
– Nie jest to problem we współpracy na linii lekarze–hodowcy, ale na linii hodowcy–Ministerstwo Rolnictwa. To minister Grzegorz Puda ustanowił prawo, które w naszej opinii jest dalece niesprawiedliwe, niekonstytucyjne i pozwala na odbieranie ludziom dorobku ich życia w majestacie prawa. Trudno dziwić się hodowcom zwierząt futerkowych, którzy oczywiście wpuszczają na teren swoich ferm przedstawicieli powiatowych inspektoratów weterynarii, pozwalają na kontrolę dobrostanu utrzymywanych na fermach zwierząt, odmawiając jednocześnie zgody na pomoc w poborze prób. Jedna próba może spowodować, że z dnia na dzień staną się bankrutami z ogromnymi kredytami do spłaty – mówi Szczepan Wójcik, prezes Związku Polski Przemysł Futrzarski.