Około 2 mld zł będą kosztowały przedsiębiorców z branży handlowej kolejne dwa tygodnie zamknięcia sklepów i galerii. Według szacunków Polskiej Rady Centrów Handlowych łączny spadek obrotów w handlu z powodu lockdownu w styczniu może wynieść nawet 6 mld zł. Łączny bilans pandemii to – według PRCH – nawet 32 mld zł utraconych przychodów tylko w tej jednej branży.
Przedłużające się obostrzenia wywołują coraz większe zniecierpliwienie wśród przedsiębiorców. Już w poprzednim tygodniu Polska Federacja Fitness poinformowała, że uruchamia projekt pozwu zbiorowego przeciwko Skarbowi Państwa w związku z obowiązującymi restrykcjami. Żąda odszkodowań i przyjmuje zgłoszenia od przedsiębiorców. Ponowne uruchomienie działalności po 17 stycznia – mimo zakazu – zapowiada też kilkuset przedsiębiorców z Podhala.
Reklama
Wydłużający się lockdown to nie tylko coraz większe problemy poszczególnych branż, ale też opóźnienie w odbudowie aktywności gospodarczej. Ekonomiści na to bardzo liczyli: I kwartał miał być co prawda jeszcze słaby, ale stopniowo polska gospodarka miała nabierać wiatru w żagle, by w całym roku zanotować wzrost. Nadal panuje przekonanie, że tego głównego scenariusza, w którym podnosimy się po ubiegłorocznym pandemicznym ciosie, nie trzeba zmieniać, ale pytanie o siłę odbicia pozostaje otwarte.
Ekonomiści Banku ING w swoim wczorajszym raporcie piszą, że negatywne skutki kolejnych ograniczeń są coraz mniej dotkliwe dla gospodarki. Szacują, że restrykcje związane z drugą falą pandemii były o jedną czwartą, a może połowę mniej uciążliwe niż wiosną, a spadek PKB w IV kw. 2020 r. wyniósł ok. 1/10 tego, co w drugim. „Jednak nie da się przenieść całej działalności do internetu. Wskazują na to m.in. dane o sprzedaży detalicznej – dotychczas wzrostowi udziału zakupów w sieci towarzyszył spadek łącznego wolumenu sprzedaży” – zwracają uwagę Analitycy.

Reklama
Efekty lockdownu są słabsze niż wiosną, bo udział w PKB branż, które są nim bezpośrednio dotknięte, nie jest duży. ING wylicza go na 6 proc.
Eksperci z Banku Millennium podkreślają też, że tym razem zamykanie gospodarki nie miało tak szokowego charakteru jak wcześniej. Ekonomiści Pekao SA zwracają z kolei uwagę, że gospodarka wykazuje coraz większą elastyczność w odpowiedzi na kryzys i wpływ drugiej fali epidemii i obostrzeń epidemicznych okazał się nie tylko mniejszy od I fali, ale również mniejszy od oczekiwań.
„Oznacza to przetrwanie tego okresu w relatywnie dobrym stanie, choć moment dynamicznego odbicia będzie musiał być związany z harmonogramem znoszenia obostrzeń i warunkami pogodowymi. Spodziewamy się, że większość obostrzeń przestanie obowiązywać przed kwietniem, a tempo wyszczepiania najbardziej narażonych na ciężkie przebiegi COVID-19 grup pozwoli nawet w konserwatywnym scenariuszu uniknąć przeciążenia służby zdrowia przy kolejnej fali zachorowań jesienią” – napisali w swoim komentarzu. Ich zdaniem początek roku w gospodarce będzie słaby. W I kw. PKB albo w ogóle nie wzrośnie w porównaniu z końcem 2020 r., albo będzie to wzrost niewielki. Właśnie ze względu na przedłużenie lockdownu, ale też słabe nastroje konsumentów.
Dla Piotra Bielskiego, głównego ekonomisty Santander Bank Polska kluczowym elementem dla gospodarczego scenariusza jest to, co się będzie działo w przemyśle. Kryzys drugiej fali to przede wszystkim kryzys usług. Nie do końca wiemy, co się w nich dzieje, bo brak danych wysokiej częstotliwości, na podstawie których można by wysnuć jakieś wnioski. W przypadku przemysłu jest inaczej i to, co publikuje GUS w swoich raportach, wskazuje, że ma się on bardzo dobrze.
– Nie dość, że nie ma oznak zapaści, to jest dalsza ekspansja, na co wskazują też badania koniunktury. To w skali całej gospodarki może przeważyć nad negatywnymi efektami zamknięcia usług, choć oczywiście ograniczenia działalności w handlu będą miały znaczenie. Bo konsument może by i chciał wydać więcej pieniędzy, ale nie do końca jest to możliwe – mówi Piotr Bielski.
Przemysł do tej pory był napędzany przez eksport, który dynamicznie rósł mimo pandemii. Dziś Narodowy Bank Polski opublikuje dane o bilansie płatniczym w listopadzie, a wśród nich informacje o handlu zagranicznym. Dla NBP kondycja finansowa eksporterów wydaje się ważna, bo to ona była głównym argumentem za interwencyjnym kupowaniem walut pod koniec 2020 r., by osłabić kurs złotego. Wydłużanie czasu zamknięcia części gospodarki – co opóźni proces dochodzenia jej do siebie – w połączeniu z jakimiś symptomami pogorszenia bilansu handlowego mogłoby być dla Rady Polityki Pieniężnej dodatkowym argumentem za obniżeniem stóp procentowych. RPP dziś podejmie decyzję i analitycy będą uważnie wczytywać się w jej komunikat, wypatrując jakichś sygnałów co do kierunku działania w kolejnych miesiącach. Apetyty na obniżkę stóp rozbudził prezes NBP Adam Glapiński, który w wywiadzie dla Obserwatora Finansowego powiedział, że będzie ona rozważana, jeśli sytuacja gospodarcza będzie tego wymagać.
– Na razie nic nie wskazuje, żeby była potrzeba obniżki stóp. Nie mamy do czynienia z narastającymi obawami o kondycję gospodarki. Choć liczba nowych zakażeń jest wysoka, to jeszcze nie przesuwamy się w stronę jakichś katastroficznych scenariuszy. Pod tym względem było już gorzej i wtedy nikt nie zakładał, że obniżka stóp jest potrzebna. Przedłużenie lockdownu o dwa tygodnie tego nie zmienia – uważa Piotr Bielski.