Tuż przed świętami ukazał się artykuł autorstwa Alexandra Hodboda (Europejski Bank Centralny), Carsa Hommesa (Narodowy Bank Kanady) oraz Stefanii Huber i Isabelli Salle (Uniwersystet Amsterdamski). Mowa w nim o tym, że głównym wyzwaniem stojącym przed decydentami z dziedziny ekonomii politycznej będzie w nadchodzącym 2021 r. właśnie kwestia zombi.
Zombi to w kulturze popularnej (przynajmniej od czasów „Nocy żywych trupów” George’a Romero) istota zawieszona pomiędzy światami żywych i umarłych. Niby nie żyją, ale jednak pałętają się po naszym świecie, sprawiając otoczeniu wiele kłopotów. Z ekonomicznego punktu widzenia po symbol zombi sięgamy zazwyczaj wtedy, gdy chcemy opisać firmę albo branżę, która też nie pozwala się definitywnie zaliczyć do grona umarłych, ale i za istotę żywą oraz zdrową uznać ją raczej nie sposób. Wspomniani autorzy (Hodbod, Hommes i inni) uważają, że w rzeczywistości po pandemii COVID-19 pełno będzie wśród nas takich zombiaków. Stanie się tak dlatego, że koronawirus niezwykle mocno zmienił wzorce konsumpcji. A te są przecież w kapitalistycznej gospodarce wolnorynkowej rodzajem instrukcji obsługi: pokazują kierunek, w którym życie gospodarcze ma się kręcić, a PKB nie notować przestojów.