Czy hazard jest inwestowaniem? – nacierał kongresmen Gary Ackerman. – Nie jest – wszechpotężny do niedawna prezes banku J.P. Morgan Chase Jamie Dimon skulił się w fotelu. – A jaka jest różnica? – nie odpuszczał Ackerman. – Kiedy grasz, zazwyczaj przegrywasz, a wygrywa kasyno – odparł Dimon. – To odpowiadałoby mojemu doświadczeniu z inwestowaniem. Bez względu na to, czy nazywa pan to hedgingiem, czy nie, to jest hazard. Zwykłem myśleć, że Wall Street pozwala ludziom i instytucjom wkładać pieniądze w takie inwestycje, w które się wierzy i które okazują się pomocne – perorował. Dimon nie odpierał dłużej ataku. – Nie uprawiamy hazardu. Tylko popełniamy błędy – mruknął w odpowiedzi.

Nie pomogła przyjaźń z niegdysiejszym szefem personelu w Białym Domu Rahmem Emanuelem. Nie pomogły spekulacje o nominacji na sekretarza skarbu – stanowisko to zajął zresztą w 2008 r. Timothy Geithner, do którego Dimon miał nieograniczony dostęp. Nie pomogła demonstrowana publicznie sympatia Obamy, który występując u Oprah Winfrey, stwierdził: „J.P. Morgan to jeden z najlepiej zarządzanych banków, jakie istnieją, a Jamie Dimon to jeden z najmądrzejszych bankierów, jakich mamy”. Podczas ubiegłorocznych przesłuchań kongresmeni i senatorzy grillowali Dimona bez żadnej litości. Dwugodzinny zapis przesłuchania w Senacie wciąż można obejrzeć w sieci, najsmakowitsze kawałki są na YouTube.

Zaskórniak na karniaka

Zaciętość amerykańskich polityków nietrudno jednak zrozumieć. Polowanie na winnych globalnego kryzysu trwa – i J.P. Morgan Chase jest, jak do tej pory, najcenniejszym trofeum myśliwych. Firma zapłaci 13 mld dol. kary za niczym nieograniczany handel papierami wartościowymi i produktami finansowymi opartymi na kredytach hipotecznych. To największe w historii pieniądze, jakie przyszło wysupłać amerykańskiej firmie za grzechy.

To zresztą nie koniec kłopotów giganta. W Londynie bank ukarano miliardowym „mandatem” za nieodpowiedzialne inwestycje Brunona Iksila, jednego z pracowników tamtejszej filii firmy. Doprowadził on do strat przekraczających 2 mld dol. Ugoda z Departamentem Sprawiedliwości załatwi problem pozwów cywilnych w Ameryce, ale nie obejmie już zarzutów karnych w procesie, jaki toczy się w Kalifornii. Wszystko wskazuje więc na to, że finansowe imperium z Manhattanu ma szansę pobić własny rekord.

Tym bardziej że kary, jakich Amerykanie nie szczędzą naruszającym prawo biznesmenom, rosną regularnie z roku na rok. Z zestawienia, jakie przygotował brytyjski ekspert David McCandless, wynika, że na przestrzeni ostatnich kilku lat zdarzały się kary i odszkodowania sięgające w skrajnych przypadkach co najwyżej 2–3 mld dol. W zeszłym roku złą passę zaliczyły choćby koncerny medyczne – GlaxoSmithKline musiał zapłacić 3 mld dol. za wręczanie łapówek lekarzom i manipulowanie wynikami badań leku Avandia, Johnson & Johnson 2 mld dol. za niezgodne z prawem działania marketingowe obejmujące m.in. lek Risperdal, a Abbot Labs 1,5 mld dol. za wykroczenia przy promocji leku Depakote. W poprzednich latach kary w granicach 3 mld dol. zapłaciły AIG, Siemens, Halliburton, Exxon i Merck. Wyjątkiem było BP, które za wyciek ropy w Zatoce Meksykańskiej w 2010 r., musiało wysupłać 4,5 mld dol. w ramach ugody z Departamentem Sprawiedliwości – i przeszło pięć razy tyle, by zaspokoić 100-tysięczną rzeszę instytucji i osób indywidualnych, które wytoczyły firmie procesy przed najróżniejszymi sądami.

BP do biednych nie należy, podobnie J.P. Morgan Chase. Jego menedżerowie zapewniają, że na doprowadzenie sprawy do pomyślnego końca odłożono specjalne środki – fundusz sięga 23 mld dol. Biorąc jednak pod uwagę to, że poza karą i odszkodowaniami bank będzie musiał uiścić rachunki dla prawników przekraczające kolejne 9 mld dol., okazuje się, że portfel zieje pustką. W III kw. tego roku bank po raz pierwszy pod 2004 r. odnotował stratę: 380 mln dol. Relatywnie niewiele, można by rzec. Tyle że w porównywalnym okresie poprzedniego roku firma miała 5,7 mld dol. zysku.

Musicie się do czegoś przyznać

Ale w spektaklu, który przez ostatnich kilkanaście miesięcy rozgrywał się na Kapitolu i w Białym Domu, nie chodzi wyłącznie o rzucenie na kolana kolosa, który przez lata był pieszczoszkiem establishmentu z Waszyngtonu i Dolnego Manhattanu. Biały Dom zaostrza linię wobec finansjery i chce, żeby wszyscy mieli tego świadomość – od wyborców po bankierów. Zmiany polityki nie ukrywa prokurator generalny USA Eric Holder. – To oczywisty priorytet dla prezydenta, priorytet dla mnie i Departamentu Sprawiedliwości – odparł pytany o agresywniejsze działania śledczych w sprawach o przestępstwa finansowe. – Jeden rzut oka na skalę szkód i liczbę osób, które ucierpiały, wystarcza, żebym poczuł, że powinienem się w to zaangażować – dorzucił. W praktyce wygląda to tak: gdy Dimon wraz ze świtą innych menedżerów J.P. Morgan zjechał do Departamentu Sprawiedliwości, by negocjować odstąpienie przez federalnych śledczych od zarzutów natury kryminalnej, usłyszał, że to wykluczone. – Najpierw musicie się do czegoś przyznać – usłyszeli bankierzy od prokuratora.

Wall Street długo myślała, że sprawa rozejdzie się po kościach. Obietnica rozliczenia winnych kryzysu, jaką Barack Obama złożył, wygłaszając w ubiegłym roku doroczne orędzie o stanie państwa oraz powołanie speckomisji do wykrycia przestępstw finansowych sprzed krachu, były uznawane raczej za gesty pod publiczkę. Teraz okazuje się, że to nie żarty. Tym bardziej że J.P. Morgan Chase nie jest odosobniony. Od sierpnia leżą w sądzie pozwy przeciw Bank of America, dotyczące analogicznych naruszeń prawa. Kolejną sprawę władze federalne wytoczyły Clayton Holdings LLC, największej firmie na Wall Street, która zajmuje się due diligence, z której śledczy chcieliby wycisnąć dokumenty dotyczące poczynań banków w krytycznych latach przed wybuchem kryzysu.

– Nagle rząd powiedział nam: chcemy wszystko i chcemy to teraz – narzekał Marc Rothenberg, prawnik Claytona. Wcześniej śledczy grzecznie prosili o dokumenty w określonych przypadkach, teraz na liście przedstawionej Claytonowi jest 16 banków, z których co najmniej połowa może się wkrótce znaleźć na widelcu Departamentu Sprawiedliwości. Co prawda, sceptycy wciąż powątpiewają, czy którykolwiek z menedżerów, którzy przez lata przymykali oko na wzięte z sufitu dane, trafi za to za kratki – ale nie ma też wątpliwości, że na branżę padł blady strach. Jak w J.P. Morgan, w najbliższych latach może zabraknąć na premie.

Za Iran i za orły

Na celowniku nie są wyłącznie sprawcy kryzysu. Liczba potencjalnych ofiar jest znacznie dłuższa. Najlepszym przykładem są choćby kary za łamanie sankcji, zwłaszcza tych, którymi obłożono Iran. Z badań analityków firmy BankersAccuity wynika, że w 2012 r. za pranie pieniędzy i operacje na irańskich rialach nałożono na finansjerę 16 kar – w tym na banki HSBC Holdings, Standard Chartered czy ING Groep. Tylko pierwszy z nich musiał zapłacić 1,92 mld dol. Tylko do połowy br. takich mandatów wlepiono już 11. – Po spektakularnych przypadkach z zeszłego roku rząd chce rozszerzyć pole działania na mniejsze firmy – twierdzi Henry Balani, jeden z menedżerów BankersAccuity. Chodziłoby nie tylko o same banki, lecz także o firmy, które świadczą usługi doradcze pozwalające omijać pułapki zastawione przez Waszyngton. 252 mln dol. dostała pod koniec listopada szwajcarska firma paliwowa Weatherford International za robienie interesów z Iranem, Kubą i Sudanem. I nawet jeśli kary są niższe niż przed rokiem, dla mniejszych graczy mogą oznaczać kres działalności.

A to dopiero początek. Indyjskiego giganta informatycznego – Infosys – ukarano w październiku za naruszenie amerykańskich przepisów wizowych. Firma przycinała na kosztach: pracownikom z centrali, którzy jechali do USA pracować, fundowano wizy B1, zgodnie z zamysłem Amerykanów przeznaczone dla osób składających krótkie biznesowe wizyty. Wizy H-1B – te, o które powinny się ubiegać osoby biorące udział w długoterminowych projektach realizowanych na terytorium USA – są nie tylko trudniejsze do zdobycia, ale i droższe. Za chodzenie na skróty Hindusi będą musieli zapłacić 35 mln dol. Ale nawet jeśli nie jest to jeszcze suma, która rzuci Infosys na kolana, i w tym przypadku chodzi o klarowny sygnał. – To ma być dzwonek alarmowy dla wszystkich pracodawców, że rząd jest śmiertelnie poważny, gdy chodzi o przestrzeganie reżimu wizowego – podkreśla Stephen Yale-Loehr, prawnik z Uniwersytetu Cornell.

Nie zawsze chodzi bowiem o to, ile zapłacą. Chodzi o to, żeby zapłacili. Bank of America – poza problemami ze speckomisją tropiącą autorów kryzysu finansowego – ma również mniejsze, choć równie szkodliwe dla wizerunku, kłopoty: zgodnie z wyrokiem z końca września będzie musiał zapłacić ponad 2 mln dol. kary za łamanie przepisów antydyskryminacyjnych. Kadrowi banku przez kilkanaście lat stosowali niesprawiedliwie zawyżone kryteria naboru wobec czarnoskórych kandydatów do pracy. To zresztą niejedyny taki przypadek – tego lata zawarto ugodę w procesie, jaki bankowi Merrill Lynch (dziś należącemu do Bank of America) wytoczyli afroamerykańscy brokerzy, którzy byli dyskryminowani przez swoich szefów. W tym drugim procesie wysokość odszkodowania była wyjątkowo wysoka, jak na rangę zarzutów: Merrill Lynch będzie musiał wysupłać aż 160 mln dol.

Na tym tle sprawa firmy energetycznej Duke Energy Renewables Inc. wydaje się fraszką. Spółka zależna największego w Ameryce dystrybutora i producenta energii elektrycznej zajmowała się działalnością bliską sercu obecnej administracji w Białym Domu: odnawialną energią. Tyle że, jak wyszło na jaw, na farmach wiatrowych należących do firmy regularnie ginęły ptaki należące do ściśle chronionych gatunków: orły, jastrzębie, kosy, skowronki czy strzyżyki. W łopatach wirników zginęło co najmniej 200 osobników najrzadszych gatunków, co firma dosyć długo zbywała milczeniem. Efekt? Milion dolarów kary, wyciśnięte z menedżerów łzawe przeprosiny, przymusowy program naprawczy i pięć lat warunkowego – kiedy to wszystkie działania Duke Energy Renewables Inc. będą objęte ścisłym nadzorem.

Morał? Teraz Amerykanie mają przestrzegać każdej kropki w przepisach, inaczej słono zapłacą. A na horyzoncie jawi się już projekt ustawy, zgodnie z którą karane będą firmy odmawiające współpracy z FBI – m.in. podsłuchiwania rozmów czy dobierania się do poczty elektronicznej.

Zysk ponad wszystko

Rok temu, gdy GSK i Johnson & Johnson wyłożyły miliardy dolarów na zapłacenie kar, tygodnik „Economist” wyliczał, że przez długie dekady dotkliwość strat ponoszonych przez firmy, które przyłapano na łamaniu prawa, była niewielka. – Menedżerowie, choć nie wszyscy, zwykle ważą wszystkie dostępne opcje, a jeśli sformowanie kartelu czy manipulowanie sprzedażą produktu jest pozbawione ryzyka, chwycą się takiej opcji – konkludowali posępnie publicyści magazynu. Tak samo dzieje się, jeśli potencjalna kara nie jest nazbyt dotkliwa.

Z szacunków przeprowadzonych przez ekspertów uniwersytetu Purdue, Johna Connora i Gustava Helmersa, wynika, że 283 międzynarodowe kartele działające na rynkach w latach 1990–2005, dzięki omijaniu przepisów antymonopolowych wypracowały dodatkowe 300 mld dol. przychodów. Wlepione w nielicznych przypadkach kary sięgały 1,4–1,9 proc. rocznego przychodu. Czyli sięgały milionów, podczas gdy miliardy pozostawały. Te 300 mld dol. zapewne należałoby zwielokrotnić o zyski firm, które w rozmaity sposób oszukiwały klientów.

W praktyce żadna nie doznała większego uszczerbku. Być może należałoby się posuwać albo do całkowitego przejmowania majątków oszukujących firm, albo do kar sięgających kilkudziesięciu procent rocznych przychodów? Regulatorzy zaczynają brać sobie te wyliczenia do serca. 3 mld dol. kary, jakie musiał zapłacić koncern GlaxoSmithKline, to 37 proc. przychodów firmy w 2011 r., a 2,2 mld dol. kary dla Johnson & Johnson to 23 proc. przychodów firmy z wcześniejszego roku. Ba, ok. 34 mld dol., jakie na rozmaite sposoby musiał wydać koncern BP, by zażegnać kryzys wywołany wyciekiem na platformie Deepwater Horizon, to 110 proc. przychodów firmy w 2010 r.

Niektórzy analitycy wciąż jednak uważają, że to zbyt mało. – Spółki, które dopuszczają się takich praktyk, wciąż mogą uważać kary za jeden z kosztów zrobienia dobrego interesu – twierdzi Kevin Outterson, prawnik z Boston University, który przeanalizował dane dotyczące koncernów farmaceutycznych. – Procentowo to wciąż niewielki odsetek ich przychodów, czasem wręcz niedorównujący zyskom, jakie przyniosła sprzedaż wątpliwego produktu – dodaje. Przykładów nie trzeba daleko szukać: w latach 2009–2012 spółki farmaceutyczne zapłaciły w sumie 11 mld dol. kar lub odszkodowań. Tymczasem GlaxoSmithKline tylko na leku, który wzbudził kontrowersje amerykańskich śledczych – Avandii – zarobił 10,4 mld dol., w okresie kiedy specyfik był jeszcze na aptecznych półkach. Dla Outtersona wniosek jest więc oczywisty: zbrodnia popłaca. Być może więc 13 mld dol. kary dla J.P. Morgan Chase to dopiero początek długiej serii rekordów.

283 międzynarodowe kartele działające w latach 1990–2005 wypracowały dzięki omijaniu przepisów antymonopolowych dodatkowe 300 mld dol. przychodów