Wynieśmy więc energetykę na piedestał administracyjny, utwórzmy specjalny resort albo powołajmy chociaż pełnomocnika rządu ds. energii. Od tego nam, zwykłym obywatelom, będzie lżej. Rachunki będziemy płacić niższe, będziemy wiedzieć, pod jakim warszawskim budynkiem możemy protestować albo wspierać budowę elektrowni jądrowej, dowiemy się wreszcie, czy stawiać na własną inicjatywę w kwestii źródeł energii (budować wiatraki i solary, wykorzystywać warunki geotermalne), czy może jednak liczyć przede wszystkim na państwo. O ile o tym pierwszym przeciętny Polak marzy, o tyle reszta w zasadzie w ogóle go nie interesuje. Zżyma się za to, gdy słyszy, że z jego podatków będzie finansowany kolejny urząd, a on będzie miał z tego figę. Zupełnie nie wiadomo dlaczego, bo przecież zyska pewność, że ten urząd zagwarantuje mu dopływ energii do domu.

Statystyczny Kowalski czuje się też bezpiecznie, gdy resort edukacji na siłę wysyła sześciolatki do szkół albo nie realizuje obietnic w sprawie tworzenia przedszkoli, mimo że polityka prorodzinna w kontekście problemów demograficznych Polski jest jednym z priorytetów. Jest dumny z wyników polskich sportowców i rozwoju turystycznego kraju, tylko dlatego że mamy resort sportu i turystyki. Przewiduje wzrost znaczenia polskiej nauki, bo istnieje specjalne ministerstwo tym się zajmujące. Jest naprawdę zadowolony z wyników pracy całego rządu. Będzie więc się też cieszyć z bezpieczeństwa energetycznego, jakie mu zapewni nowy resort lub pełnomocnik. W końcu ciemny lud przełknie wszystko.