Wzrost cen hamuje w tempie nienotowanym od lat. W ciągu sześciu miesięcy inflacja zmalała o 2,4 pkt proc., by w marcu wynieść już 1 proc. w skali roku. To najmniej od połowy 2006 r. – wynika z poniedziałkowych danych GUS.

Inflację w dół ściąga dziś to, co napędzało ją w 2011 i 2012 r.: ceny żywności i paliw. Żywność drożeje w minimalnym stopniu, w marcu jej ceny były o 1,6 proc. wyższe niż rok wcześniej. Wyraźnie potaniały paliwa – ich marcowe ceny były o 2,3 proc. niższe niż rok temu.

W obu przypadkach kształtowanie się cen to raczej pochodna tego, co się dzieje na globalnym rynku surowców, niż efekt popytu w kraju. – W ostatnich trzech miesiącach ceny energii nie dorzucały się do inflacji, a zazwyczaj ich udział wynosił około 1 pkt proc. W przypadku paliw od bardzo dawna nie zdarzył się roczny spadek cen – twierdzi Marta Petka-Zagajewska, ekonomistka Raiffeisen Polbanku.

Wszyscy ekonomiści, z którymi rozmawialiśmy, spodziewają się inflacyjnego dołka jeszcze w pierwszym półroczu. Według Przemysława Kwietnia, ekonomisty XTB, będzie to 0,9 proc. w najbliższych dwóch miesiącach. Analityk uważa, że wskaźnik utrzyma się poniżej dolnej granicy odchyleń od celu NBP – która wynosi 1,5 proc. – do końca roku.

Marta Petka-Zagajewska prognozuje, że najniższą inflację będziemy mieć w czerwcu, gdy wyniesie 0,7 proc. w skali roku. – W drugiej połowie roku inflacja przekroczy 1 proc. – mówi ekonomistka. Jej zdaniem wiele będzie zależeć od tego, czy światowa gospodarka rzeczywiście zacznie przyspieszać. Jeśli tak – ceny surowców mogą zacząć rosnąć, co podbije inflację w Polsce.

Marcin Mrowiec, główny ekonomista Banku Pekao, ocenia, że w takim scenariuszu może ona wynieść około 1,5 proc. na koniec roku. Ale w czerwcu spodziewa się 0,6 proc. Niższą inflację mieliśmy tylko w niektórych miesiącach 2006 r., a wcześniej w 2003 r.

– Gdyby jednak okazało się, że przyspieszenia nie ma, to inflacja w okolicach 1 proc. będzie się utrzymywać do końca roku – zaznacza Mrowiec. I dodaje, że nie zazdrości Radzie Polityki Pieniężnej, która ma dziś poważny dylemat – przyjęła postawę „poczekamy, zobaczymy” i przerwała cykl obniżek, choć inflacja nadal spada. Efekt: stopy procentowe są wyraźnie wyższe niż w strefie euro i USA, co może zachęcać kapitał spekulacyjny do kupowania aktywów w złotych. Umocnienie złotego – prawdopodobne w takiej sytuacji – zdusiłoby wzrost gospodarczy, który będzie generowany raczej przez eksport.

– Dlatego RPP będzie pod silną presją, gdyby okazało się, że gospodarka jednak nie przyspiesza – podkreśla Mrowiec.

Ministerstwo Finansów nie ma wątpliwości: RPP nie powinna ustawać w obniżkach stóp, choć od listopada do lutego obcięła je o 1,5 pkt proc. – Po danych inflacji za marzec podtrzymujemy nasze zdanie i oczekujemy dalszych obniżek stóp procentowych przez RPP – mówi DGP wiceminister finansów Wojciech Kowalczyk.

Współpraca: Grzegorz Osiecki