Ale nie jestem. Przykro mi. To nie tak, że los polskich firm jest mi obojętny albo – uchowaj Boże – źle im życzę. Przeciwnie. Chciałbym, aby się rozwijały, wygrywały konkurencję ze szwedzkimi czy z austriackimi. Podbijały świat jak Inglot i inne. Ja tylko nie mam ochoty dalej ich finansować, zwłaszcza że nic mnie z nimi nie łączy. A pan ma ochotę? Pani? I tak już łożę na LOT, choć rzadko latam, a jeśli już, to tanimi liniami. Nigdy chyba nie przestałem dopłacać do węgla, mimo że ogrzewam dom gazem, wspieram kolej i chociaż jej nie używam (podobnie zresztą jak minister transportu), chętnie bym to robił dalej dla dobra ogółu i polskiej prowincji, ale tam, gdzie mam rodzinę, rozebrali już tory. Daję na zbrojeniówkę (no dobrze, ja też się boję Korei Północnej). Dokładam nawet do OFE i zarządzających nimi towarzystw, co mi jasno uświadomił minister Rostowski (a o czym sam od początku wiedziałem), choć coraz bardziej wątpię, żeby mi coś z tego przyszło. Na razie nie muszę ratować cypryjskich banków, ale nie wiem, co będzie za jakiś czas. Rozumiem, że Amerykanie mieli wątpliwości, czy chronić banki „systemowo ważne”, czy pozwolić im upaść i co będzie zdrowsze dla gospodarki (nie tylko ich, lecz także globalnej). Ale oni mają Fed, dolary i drukarki, a ja nie mam.

Dlatego nie rozumiem biadolenia nad losem firm budowlanych, a tym bardziej wspierania ich publicznymi, a więc i moimi pieniędzmi. W czasie realizacji planu Balcerowicza można było mieć wątpliwości. Tyle że tamtych przedsiębiorstw, branż i dylematów już nie ma. Są firmy, którym nikt nie pomaga i które muszą sobie radzić. I o nich państwo powinno myśleć – jak im nie przeszkadzać.