Czy Polak i pieniądze to dobrana para?

Jak to w związku. Bywa bardzo różnie. Mówiąc najogólniej, mniej więcej co szósty z nas (17 proc.) należy do tzw. spełnionych, z kolei co ósmy (12 proc.) zalicza się do grona wycofanych malkontentów. Reszta to: pasywni urzędnicy, sfrustrowani materialiści, wkraczający w życie i nieubankowieni sceptycy.

I to, do której należymy grupy, zależy pewnie od stanu naszego konta?

Niekoniecznie. Wbrew temu, czego uczy klasyczna ekonomia, sposób, w jaki obchodzimy się z pieniędzmi, nie jest bezpośrednim przełożeniem naszej faktycznej zamożności.

Skąd to wiadomo?

Weźmy takie zachowanie, jak wyszukiwanie okazji i obniżek. Ekonomista teoretyk mógłby powiedzieć, że to klasyczny przejaw problemów finansowych, charakterystyczny dla uboższej części społeczeństwa, ludzi, którzy myślą: mam mało pieniędzy, nie stać mnie na droższe rzeczy, muszę kupić coś taniego. Z naszych badań wychodzi coś innego. W Polsce miejscem robienia zakupów przez ludzi zamożnych są coraz częściej dyskonty spożywcze. A teoretycznie im człowiek lepiej sytuowany, tym bardziej powinien cenić sobie np. koszt alternatywny, czyli czas, i nie marnować go w zatłoczonych supermarketach. Jedni robią to, bo uważają, że nie warto wydawać dużo na rzeczy błahe, które kupić trzeba, ale które nie dają większej życiowej satysfakcji. Czasem jest to przejaw pewnej gry z rynkiem na zasadzie: kto kogo przechytrzy. Wiele osób przyznaje, że sprawia im to niekłamaną satysfakcję. Mamy więc dwa typy ludzi zachowujących się w ten sam sposób, to znaczy szukających tanich produktów. Ale ich motywacje są różne. Jedni zaciskają pasa, drudzy świadomie gospodarują wydatkami. I choć mogą konsumować te same dobra, ich nastawienie do pieniędzy, style zakupowe i związane z tym zadowolenie są zupełnie różne.

Wciąż można argumentować, że różnica leży w zamożności. Bogaty może kupić wino za 18,99 zł. Ale jednocześnie wie, że gdyby chciał, mógłby wydać na nie nawet 120 zł. Ubogi zdaje sobie sprawę, że stać go tylko na trunek z niższej półki. Zawsze będzie więc bardziej sfrustrowany.

Trochę tak, choć nie do końca. Zestawmy ze sobą dwie grupy: z jednej strony Polaków mających najwyższe dochody, ale subiektywnie oceniających swoją sytuację finansową źle. Z drugiej zaś osoby zarabiające dużo mniej, ale uważające swoje położenie ekonomiczne za bardzo dobre. Z takiego zestawienia wychodzą nam rzeczy niezwykle ciekawe. Choćby to, że ci biedniejsi, lecz zadowoleni, mają nie tylko większą łatwość w wydawaniu pieniędzy, ale też skuteczniej oszczędzają. A ci obiektywnie bogaci, ale z jakichś subiektywnych przyczyn przekonani o tym, że im nie wystarcza, oszczędzają mniej, choć przecież liczą każdy grosz. Tak w praktyce wyglądają różnice pomiędzy gospodarnością a zaciskaniem pasa. I jeden z fascynujących psychologicznych wymiarów nastawienia Polaków – i w ogóle ludzi – do wydawania pieniędzy.

Od czego jeszcze zależy to, że jednym z nas wydawanie pieniędzy sprawia przyjemność, a innym przykrość?

Prócz subiektywnego przekonania o zasobności portfela kluczowe znaczenie odgrywają wartości, np. to, jaki jest w nas poziom materializmu, czyli jak ważna jest rola pieniędzy w naszym życiu i jak mocno przez ich pryzmat postrzegamy siebie i innych. Nasze badania pokazują, że zbyt wysoki poziom materializmu to prosta droga do wielkich frustracji.

Chciwość nie jest dobra?

Może i jest dobra jako źródło motywacji do aktywności ekonomicznej. Ale jednocześnie to droga bardzo niebezpieczna. Jeśli powiążemy ilość posiadanych dóbr z poczuciem własnej wartości, znajdziemy się w tarapatach. Wtedy im więcej mamy pieniędzy, tym lepiej się czujemy. Ale i odwrotnie. Im pieniędzy mniej, tym gorzej się czujemy, i to nawet jeśli dla kogoś patrzącego z zewnątrz ciągle jesteśmy zamożni. Zazwyczaj idzie to w parze z ocenianiem innych przez pryzmat pieniędzy. Jeżeli ktoś ma ich dużo, jest wartościowy, jeżeli mało – automatycznie traci w naszych oczach. Albo z przekonaniem, że pieniądze są w stanie rozwiązać wszystkie nasze problemy. A w konsekwencji zarówno wszystkie swoje sukcesy, jak i porażki, tłumaczymy zasobnością portfela, myśląc np., że nasze małżeństwo byłoby szczęśliwsze, gdybyśmy mieli więcej pieniędzy, większy dom czy częściej wyjeżdżali na wakacje.

Czy materialistów jest w Polsce dużo?

Badania pokazują, że w każdym społeczeństwie jest pewna grupa ludzi kierujących się silnymi materialistycznymi wartościami. Niezależnie od tego, jaką podgrupę badamy: czy są to kobiety, czy mężczyźni, czy osoby starsze, czy młodsze. Zawsze wychodzi mniej więcej podobnie: ok. 1/5 każdej z tych populacji.

Myślałem, że więcej.

Nie możemy zapominać, że w życiu występują czynniki, które hamują osunięcie się w materializm. Z naszych badań wynika, że to bardzo często rodzina. Jest w Polsce całkiem spora grupa osób, dla których rodzina jest naprawdę ważna. To ludzie, którzy mając ofertę pracy lepiej płatnej, ale wymagającej większego zaangażowania czasowego, najpewniej ją odrzucą. Jest jeszcze jedna grupa z ciekawym podejściem do pieniędzy i spraw materialnych. Nazwałam ją spełnioną elitą. To w Polsce ok. 17 proc. społeczeństwa. Dla tych ludzi pieniądze są ważne, ważniejsze niż dla osób „rodzinnych”, ale nie jako cel sam w sobie, tylko jako środek do osiągnięcia tego celu. Oni chcą mieć pieniądze, lubią je i dobrze wiedzą, na co chcieliby je wydać. To edukacja, rozwój, przyjemności, podróże. Są hedonistyczni. A jednocześnie stanowią idealny typ z punktu widzenia gospodarki. Z jednej strony potrafią wydawać, z drugiej zaś brać sprawy w swoje ręce, oszczędzać i zarządzać swoją płynnością finansową. Jak biorą kredyt – i to na duże kwoty – najpewniej go spłacą. Tu różnią się od klasycznych materialistów, którzy często pożyczają zbyt ryzykownie i przeszacowują swoje możliwości.

A co Polak robi z pieniędzmi, które mu zostają?

Zacznijmy od pierwszego szczebla zarządzania finansami, czyli konta bankowego. Statystyki pokazują, że Polacy pod tym względem odstają od reszty Europy. W skali UE na jednego mieszkańca przypada średnio 1,26 rachunku bankowego, u nas – 0,93. Z innych badań wynika, że ok. 20 proc. dorosłych Polaków wciąż funkcjonuje bez konta. A nawet jeśli je mają, to kolejna duża grupa wyciąga pieniądze z bankomatu raz w miesiącu i dalej posługuje się wyłącznie gotówką.

Skąd ta miłość do fizycznego pieniądza?

Po pierwsze infrastruktura. W wielu miejscach – np. na bazarach – gdzie wielu z nas robi zakupy, handel opiera się ciągle na gotówce. Ale jeśli zbadamy to głębiej, widać inne interesujące wyjaśnienia. Wielu Polaków odczuwa wręcz fizyczną miłość do pieniądza. W ramach naszego badania przeprowadziliśmy wywiady z takimi osobami. Dla tych, którzy posługują się pieniądzem wirtualnym, może to brzmieć absurdalnie, ale pojawiały się takie odpowiedzi, jak: „lubię patrzeć na pieniądze, dotykać ich i je głaskać”, „gdy odkładam banknoty na specjalną kupkę, łatwiej mi się oszczędza”. Prawdopodobnie wielu ludziom fizyczny kontakt z pieniędzmi ułatwia zarządzanie i planowanie domowego budżetu. Jest też inny problem natury praktycznej. Zalety płynące z posiadania konta dostrzega się wtedy, kiedy korzysta się z bankowości internetowej. Wtedy widać, że można przelewać środki bez wychodzenia z domu. Jeśli ktoś nie korzysta z sieci, może uznać, że całe to konto jest niepotrzebnym zawracaniem głowy, bo przecież jakoś dotąd bez niego w miarę sensownie funkcjonował. To dowodzi, że w Polsce cywilizacyjna zmiana pieniądza fizycznego w wirtualny wciąż się nie dokonała – przynajmniej w mentalności wielu Polaków. Ale to nieuchronnie nastąpi. Tak jak kiedyś zaakceptowaliśmy wymianę pieniądza wybitego w kruszcu na papier, który sam w sobie ma wartość jedynie umowną.

Idźmy dalej. Jak Polacy odkładają i oszczędzają?

Do niedawna ekonomiczne podejście do sprawy tłumaczyło, że oszczędności to nadwyżka, która nam zostaje. A więc tym, którzy mają więcej pieniędzy, zostaje więcej. Nasze analizy burzą ten obraz. Oczywiście jeśli weźmiemy pod uwagę liczby bezwzględne, bogatsi mają odłożone więcej niż biedniejsi. Ale już gdyby przeanalizować samą tylko skłonność do oszczędzania, wynik jest inny. Przekonanie, że warto tworzyć nadwyżki finansowe, w dużo większym stopniu zależy od oceny własnej sytuacji materialnej. I dlatego są studenci czy emeryci, którzy uważają, że im wystarcza, więc odkładają na czarną godzinę. I są również ludzie zarabiający krocie, a mimo to tonący w długach. Ważnym czynnikiem jest też zadowolenie z życia. Bo tak się składa, że im kto bardziej zadowolony, tym ma więcej oszczędności.