Jeśli prof. Winiecki zostanie skazany, nie będzie mógł zasiadać w radzie, bo tak stanowi ustawa o NBP. To by oznaczało, że Senat (to on wybrał Winieckiego na członka RPP) będzie musiał najpierw go odwołać, a następnie zgodnie z ustawą o NBP w ciągu trzech miesięcy uzupełnić wakat. A w izbie wyższej PO ma ponad połowę głosów i jak sugerują przedstawiciele rządu, nowy członek RPP nie będzie jastrzębiem. To może wystarczyć, by zmienić układ sił w RPP. Ale to rozwiązanie doraźne.

Rotacja kadencji to też jakiś pomysł

Wśród scenariuszy rozważanych w koalicyjnych gabinetach jest kilka pomysłów na rozwiązania bardziej strukturalne. Pierwszy: zwiększenie liczby członków obecnej RPP. Nikt oczywiście oficjalnie takiej propozycji nie zgłasza, zdając sobie sprawę z jej siły rażenia. Nawet próba jego realizacji oznaczałaby już nie spór, ale wojnę rządu z bankiem centralnym. Teoretycznie jest to możliwe – konstytucja wskazuje jedynie, że Sejm, Senat i prezydent wybierają członków RPP na sześcioletnie kadencje w równej liczbie. Żeby dokooptować nowych, wystarczyłoby zmienić ustawę o NBP, która precyzuje, ile osób zasiada w radzie.

– Nie widzę powodów do takich działań, ale gdyby takie zmiany były przeprowadzane, to trzeba by to zrobić na tyle elegancko, by było to zgodne z zasadami legislacji i konstytucją – mówi konstytucjonalista prof. Piotr Winczorek. Elegancja, o której mówi profesor, oznacza, że zmian nie można przeprowadzić szybko i nie mogą zostać odebrane jako nakierowane na osiągnięcie doraźnych celów rządu. Wówczas mógłby je uchylić Trybunał Konstytucyjny jako sprzeczne z zasadą niezależności banku centralnego. Zresztą jedną taką próbę już podjęto, gdy prezesem NBP był Leszek Balcerowicz, a na czele resortu finansów stał Grzegorz Kołodko. Wówczas pomysł koalicyjnego PSL, by liczbę członków zwiększyć z 10 do 15, otrzymał negatywne recenzje konstytucjonalistów, którzy potraktowali projekt jako oręż rządu w bieżącej politycznej walce.

Inny scenariusz to rotacyjność składu rady. Dziś członkowie RPP wybierani są niemal w tym samym czasie, podczas gdy w Trybunale Konstytucyjnym kadencje sędziów na siebie nachodzą. Wymiana np. jednej trzeciej składu co 2 lata mogłaby gwarantować, że rada jako całość będzie działała w bardziej spójny sposób. Jednak by wprowadzić rotacyjność, trzeba by zmienić konstytucję, bo kolejnym sześciu członkom RPP należałoby skrócić kadencję odpowiednio do dwóch i czterech lat.

Możliwy jest jednak inny wariant. Polegałby na zwiększeniu składu RPP o kolejnych trzech lub sześciu członków, wybieranych, jak chce ustawa zasadnicza, przez Senat, Sejm i prezydenta, i takie zaprogramowanie ich kadencji, by rotacyjność stała się faktem. Zaczynaliby np. od roku 2014, czyli dwa lata przed tym, zanim kończy się kadencja obecnych członków RPP. Kadencja poszczególnych członków rady nadal byłaby sześcioletnia – ale rozpoczynałaby się i kończyła w innym czasie. Przez to rotacyjność stałaby się faktem bez potrzeby zmiany konstytucji.

A po co to wszystko? Wymiana choćby jednej trzeciej składu co dwa lata mogłaby gwarantować, że RPP jako całość będzie działała płynnie, nie będzie zaburzeń związanych z wdrażaniem się nowych członków. Przede wszystkim jednak trudniej byłoby ją oskarżać o stronniczość w decyzjach.

OPINIA

Będę bronił RPP

Dariusz Filar, członek Rady Gospodarczej przy premierze, były członek Rady Polityki Pieniężnej

Czy Rada Polityki Pieniężnej szkodzi gospodarce?

Od dłuższego czasu konsekwentnie bronię RPP, w tym tak powszechnie krytykowanej decyzji z maja ubiegłego roku o podwyżce stóp procentowych. Wielu komentatorów już chyba zapomniało, jak szybko wówczas rosły oczekiwania inflacyjne. Rada w tamtych warunkach musiała dać sygnał, że pilnuje inflacji. Widać, że podwyżka o 25 pkt bazowych odegrała swoją rolę, bo oczekiwania inflacyjne spadły. A gdy to nastąpiło, zrobiło się miejsce, by zmienić kierunek polityki pieniężnej i zacząć stopy obniżać – co się przecież dzieje.

Jednak wtedy RPP sprawiała wrażenie, że zamiast, zgodnie z kanonem, analizować wpływ swoich decyzji na przyszłą inflację, wystraszyła się bieżących danych o dużym wzroście cen i dlatego podwyższyła stopy. A dziś je obniża pod wpływem bieżących danych wskazujących na spowolnienie gospodarcze.

Nie zgadzam się. Podwyżka w maju była efektem oczekiwań inflacyjnych, co wskazywało na ryzyko wzrostu inflacji w przyszłości. A obecne obniżki mogą wynikać z ostatniej projekcji inflacji, która zakładała spadek dynamiki wzrostu cen w 2014 r. To dało przestrzeń do obniżek. Oczywiście bieżące dane z gospodarki są rozczarowujące i RPP działa pod ich silną presją. Uważam, że nie powinna jej teraz ulegać i trzeba poczekać na kolejną projekcję inflacji, która zostanie opublikowana w marcu. Gdybym dziś zasiadał w RPP, to na obecnym posiedzeniu głosowałbym przeciw obniżce stóp. Jeden miesiąc w polityce pieniężnej to nie jest dużo. A kolejne decyzje podejmowałbym w zależności od tego, co pokaże marcowa projekcja.

Oprócz słabych danych presję na radę wywiera też rząd. Słusznie?

To się nie dzieje po raz pierwszy. Interesy rządu i RPP z zasady są rozbieżne. Rząd odpowiada za to, by gospodarka jak najszybciej się rozwijała. A zadaniem rady jest ją stabilizować. Nie przejmowałbym się tym sporem. Najważniejsze, by rada potrafiła w tych warunkach zachować swoją niezależność.

Minister finansów uważa, że skoro on obniżył deficyt, co mogło mieć negatywny wpływ na gospodarkę, to rada powinna teraz szybciej obniżać stopy, by ją pobudzić. Ma rację?

Deficyt w pewnym stopniu został obniżony. Ale nastąpiło to dzięki doraźnym działaniom, problemy strukturalne nie zostały rozwiązane.