Szykuje się najcięższy od 2009 r. okres dla budżetu i ministra finansów. Powodem jest spowolnienie gospodarcze i wielka niewiadoma, jaką jest skala tego spowolnienia. Widać to po rządowych perypetiach z szacowaniem wzrostu gospodarczego w roku 2013. Gdy w czerwcu rząd w przyjętych wówczas założeniach szacował wzrost na poziomie 2,9 proc., niektórzy ekonomiści określali je jako ostrożne. Natomiast gdy we wrześniu rząd skorygował projekcję na 2,2 proc. PKB, większość analityków określała tę zmianę jako zbyt optymistyczną. Są nawet tacy jak analitycy BRE banku, którzy spodziewają się recesji w pierwszej połowie roku, a w całym – wzrostu minimalnie powyżej zera. Z kolei Międzynarodowy Fundusz Walutowy jeszcze w październiku szacował nasz wzrost na 2,1 proc. PKB, a po miesiącu obniżył prognozę. Ponieważ tak jak MFW postępowały także inne instytucje, nic dziwnego, że pojawiły się wątpliwości, na ile budżet układany w zasadniczej części w sierpniu może być aktualny w ciągu następnego roku. Te wątpliwości dotyczą głównie prognoz dochodów z podatków.

Wpływy pod znakiem zapytania

Główny problem tegorocznego budżetu to uzyskanie wpływów z VAT w zaplanowanej wysokości 126,4 mld zł. Nie ma ekonomisty, który wierzyłby w tę prognozę.

Co zaszkodzi VAT? Przede wszystkim słaba konsumpcja. Polacy wyraźnie tracą ochotę do robienia dużych zakupów. Dynamika sprzedaży detalicznej w listopadzie 2012 r. (ostatnie dostępne dane GUS) wyhamowała do 2,4 proc. z 14,3 proc. na początku roku. Konsumpcja prywatna niemal przestała rosnąć – w III kw. 2012 r. jej dynamika wynosiła zaledwie 0,1 proc. Kwartał wcześniej było to 1,2 proc. Ekonomiści uważają, że te złe tendencje utrzymają się w przyszłym roku i nie wierzą w rządowe prognozy wzrostu konsumpcji o 2,2 proc. Piotr Bielski z BZ WBK uważa, że możemy liczyć na góra 1,4-proc. wzrost. Co gorsza, wyraźnie zmieniają się konsumenckie zwyczaje: kupujący wybierają duże i tańsze sieci dyskontowe kosztem małych, droższych sklepów. Widać to nie tylko w danych o sprzedaży, ale także w rosnących problemach płatniczych w handlu i liczbie bankructw w tej branży. Podatkowi VAT nie służy też spadek inflacji – im wolniejszy wzrost cen, tym niższe wpływy z podatku od towarów i usług.

Efekt? Według wyliczeń analityków BZ BWK dochody budżetu będą w tym roku mniejsze o 15–18 mld zł.

– Głównie właśnie przez niższy VAT. Takie będą skutki wyhamowania konsumpcji, ale też spadku inwestycji – mówi Piotr Bielski. Bo według niego inwestycje spadną o 2,5 proc. Rząd spodziewa się wzrostu o 0,7 proc. Ekonomiści Pekao uważają, że dziura w tegorocznych dochodach wyniesie aż 20 mld zł. W tym wpływy z VAT będą niższe o 11,4 mld zł wobec planu wpisanego do projektu budżetu. Ich zdaniem rząd może liczyć w sumie na 115 mld zł z tego podatku – czyli mniej niż w 2012 r.

Eksperci mają za złe rządowi, że przeszarżował z prognozą wpływów z VAT z jeszcze jednego powodu: już w 2012 r. dochody z tego podatku wyraźnie kulały, co powinno dać niższą bazę do wyliczeń na 2013 r. Według wstępnych szacunków zabrakło ok. 12 mld zł.

PIT nie musi spełnić oczekiwań

Kłopoty z podatkiem od towarów i usług nie są jedynym spodziewanym punktem zapalnym. Około 2 mld zł – według BZ WBK i Pekao – może zabraknąć w dochodach z PIT. Dlaczego? Bo może być problem ze zrealizowaniem rządowej prognozy wzrostu płac. Do budżetu wpisano, że realnie zwiększą się one o prawie 2 proc. ponad inflację. Eksperci sądzą, że bardziej prawdopodobny jest scenariusz, w którym pensje będą ledwie nadążały za wzrostem cen.

– Rządowe założenia dotyczące poziomu bezrobocia także są dość optymistyczne – zwraca uwagę Grzegorz Maliszewski, ekonomista Banku Millennium. Bo rząd spodziewa się, że stopa bezrobocia na koniec roku wyniesie 13 proc. A ekonomiści, np. z BZ WBK, sądzą, że może to być o 1 pkt proc. więcej.

Wątpliwości budzi też prognoza dochodów z podatków od firm, które będą zależeć od wyników finansowych przedsiębiorstw. Tu jednak zdania wśród ekspertów są podzielone. Grzegorz Maliszewski sądzi, że nie powinno być większych problemów, bo przedsiębiorcy już w 2012 r. pokazali, że potrafią sobie radzić z dekoniunkturą. Wyniki firm pogorszyły się, ale nieznacznie. Z danych GUS wynika, że w III kw. ich przychody były większe niż rok wcześniej, gdy gospodarka rozwijała się wyraźnie szybciej. Co prawda zyski netto spadły, ale nieznacznie, o 0,9 proc.

Inni eksperci uważają jednak, że przedsiębiorcy zgłaszają coraz większe problemy z zatorami płatniczymi, więc kondycja finansowa firm może się pogarszać. Według danych wywiadowni gospodarczej Dun & Braadstreet blisko 30 tys. firm nie uzyskało w październiku zapłaty za wystawione faktury na prawie 1,5 mld zł. To o jedną piątą więcej niż rok wcześniej.

– Ubytek w CIT może sięgnąć kilku miliardów złotych – mówi Pior Bielski. Pekao jest bardziej precyzyjne i ocenia go na 4,4 mld zł.