Na korzyść tych rynków działa małe nasycenie towarami AGD, RTV, w kategorii wyposażenia wnętrz. O ile na Zachodzie dochodzi już do wymiany posiadanych urządzeń czy sprzętu, to na Wschodzie wiele gospodarstw planuje właśnie zakup swojej pierwszej mikrofalówki, tostera czy płaskiego telewizora.

Eksperci są zgodni – przyszłość polskiego handlu jest na Wschodzie, nie na Zachodzie. Dotyczy to nie tylko eksportu, lecz także importu.

– Na Wschodzie łatwiej wypromować własną markę. A tylko z jej udziałem można osiągać dobre marże na sprzedawanych na zagranicznych rynkach towarach – zaznacza Janusz Płocica, prezes firmy Zelmer.

Ale nie tylko to jest zaletą wschodnich rynków. Polscy producenci zmierzają tam też z innego powodu.

– Wschód podąża ścieżką rozwoju gospodarczego, jaką przeszła już Polska. To oznacza, że wszystko, w tym też trendy, dociera tam z dużym opóźnieniem. Dzięki temu towary, które u nas już są w fazie schyłkowej, tam wciąż znajdują nabywców – podkreśla Remigiusz Chrzanowski.

Tu też można znaleźć odbiorców na produkty niszowe, które trudno sprzedać na Zachodzie. W urządzeniach AGD jest to na przykład suszarka do grzybów czy maszynka do mielenia mięsa.

Nie znaczy to, że firmy całkowicie rezygnują już z Zachodu. Nadal chcą rozwijać w tamtym kierunku swój eksport. Zwłaszcza branża mięsna, której coraz trudniej jest się porozumieć z odbiorcami z Rosji, Ukrainy czy Białorusi. Producenci są już zmęczeni ciągłymi kontrolami ze strony inspektorów z tych krajów, dlatego coraz bardziej chcą się uniezależnić od dostaw w tym kierunku.

– Wycofaliśmy się z dostaw do Rosji, gdzie w szczycie wysyłaliśmy 30 proc. naszej rocznej produkcji, czyli około 900 ton miesięcznie. Teraz szukamy nowych rynków zbytu głównie w Azji i Ameryce Południowej. Te rynki wciąż są chłonne, a konkurencja niewielka – mówi Konrad Pazdan, wiceprezes zarządu Grupy Konsol, specjalizującej się w produkcji drobiu.

Sposobem na ponowne zaistnienie na szeroką skalę na Zachodzie może być też przejęcie zagranicznego konkurenta, którego dotychczasowa produkcja zostanie przeniesiona do naszego kraju, skąd towary pod pozyskaną marką będą wędrowały na unijny rynek. Zachód jest też bardzo zapatrzony w ekologię. Oczekuje produktów wykonanych z materiałów nadających się do recyklingu, energooszczędnych. Taka produkcja też może się opłacić.

Złoty nie pomógł

Wbrew oczekiwaniom mocniejszy złoty w pierwszym kwartale wcale nie pomógł importowi, który w porównaniu z analogicznym okresem 2011 r. osłabił się o 0,4 pkt proc. – do 36,4 mld euro. Z krajów strefy euro wyniósł 16,1 mld euro i był niższy aż o ponad 6 pkt proc.

– Towary produkowane w Polsce na skutek dużej konkurencji osiągają ceny podobne do tych, jakimi cechowały się dotąd najtańsze, sprowadzane z Dalekiego Wschodu produkty. Dlatego coraz częściej zastępuje się nimi te importowane, do czego przyczynia się także ich dużo wyższa jakość – tłumaczy Janusz Płocica.

Do osłabienia importu przyczyniają się też sieci odzieżowe, które w coraz większym stopniu przenoszą produkcję z zagranicy do naszego kraju. Z kolei sieci handlowe starają się pozyskiwać z naszego rynku dostawców produktów sprzedawanych potem pod ich markami własnymi.

Bogusław Słaby ze Związku Producentów Odzieży i Tekstyliów twierdzi, że polskimi zakładami włókienniczymi interesują się nie tylko marki krajowe, lecz także te działające na skalę światową, i to dość dobre. Mowa m.in. o Hugo Boss czy Max Mara, które do wejścia do Polski zachęca dobra kooperacja naszych zakładów m.in. z Pradą.

O tym, że także importerzy poszukują nowych rynków, świadczy wzrost wartości towarów przywożonych z krajów Europy Środkowo-Wschodniej, czyli Albanii, Białorusi, Chorwacji, Mołdawii, Rosji i Ukrainy. To wzrost niemal o 32 proc., choć nadal w wartościach bezwzględnych jest niewielki, bo wyniósł 0,6 mld euro. Bardzo dynamicznie rośnie także import z Rosji – o ponad 35 proc., do 5,3 mld euro. Jest to jednak niestety bardziej zasługa wzrostu cen surowców niż poszerzenia przez importerów asortymentu produktów, które sprowadzają z rosyjskiego rynku.

ROZMOWA

Marcin Diakonowicz, partner Deloitte

Warto utrzymywać dobre kontakty z Niemcami

Jaki może być powód osłabienia eksportu do naszych głównych zachodnich partnerów?

Spadek eksportu do Eurolandu jest silnie powiązany z sytuacją na europejskiej arenie międzynarodowej. Chodzi głównie o zawirowania, jakie miały miejsce w strefie euro pod koniec 2011 r. oraz na początku 2012 r., kiedy to polska waluta umocniła się względem euro. Niepewność co do przyszłości i kształtu Eurolandu oraz wysokie notowania polskiej gospodarki w prognozach gospodarczych powodują aprecjację polskiej waluty. Oznacza to, że na międzynarodowych rynkach towary eksportowane z Polski są relatywnie droższe, przez co popyt na nie jest niższy, a to skutkuje niższym udziałem eksportu w handlu zagranicznym.

To sytuacja przejściowa, czy może być to początek trwałego trendu?

Dopóki polityczna i gospodarcza sytuacja w strefie euro nie ustabilizuje się, możliwe będą dalsze wahania kursowe, które mogą przełożyć się na kształt salda handlu zagranicznego Polski. Im wyższe notowania Polski w międzynarodowych ratingach, tym więcej zagranicznych inwestycji i wzmożony napływ zagranicznego kapitału, co również wywiera wpływ na wzrost ceny złotego względem walut zagranicznych.

Co mogą zrobić polscy przedsiębiorcy, by zwiększyć swoją atrakcyjność na zagranicznych rynkach?

Powinni przede wszystkim zwiększyć i bardziej zaznaczyć swoją obecność za Odrą. Rynek niemiecki jest bardzo specyficzny, gdyż Niemcy cenią bezpośredni kontakt i dobre relacje ze swoimi partnerami biznesowymi. Chcąc mieć wpływ na zwiększenie udziału Niemiec w eksporcie krajowym, polscy przedsiębiorcy powinni postawić na rozwój swojego biznesu za granicą, tworząc spółki zależne czy przedstawicielstwa handlowe.