Niedaleko rosyjskiego Wyborga rozpoczęto wczoraj operację napełniania gazem technicznym Gazociągu Północnego (Nord Stream), który przez Morze Bałtyckie połączył Rosję z Niemcami.
Premier Władimir Putin zapowiedział, że na początku listopada do użytku zostanie oddana pierwsza nitka rurociągu naftowego BTS-2 (druga część Bałtyckiego Systemu Rurociągowego). Biegnąca do portu Ust-Ługa pod Petersburgiem rura będzie alternatywą wobec magistrali „Przyjaźń”. Moskwa tym samym zaczęła uniezależniać się od państw tranzytowych: Ukrainy, Białorusi i Polski. – Spokojnie odchodzimy od dyktatu państw tranzytowych. Jest to nasze okno na Europę w energetyce – komentował premier Rosji. I precyzował, że dzięki oddaniu do użytku bałtyckiej rury Ukraina utraci ekskluzywne położenie kraju tranzytowego. A to w czasie, gdy Kijów negocjuje niższą cenę na rosyjski gaz. Jak wynika z obliczeń ukraińskiego Centrum Razumkowa, Kijów w wyniku uruchomienia Nord Streamu straci nawet 1 mld dolarów rocznie z opłat tranzytowych.
– Rosja nie może jeszcze świętować – komentuje Michaił Krutichin z ośrodka analitycznego RusEnergy. – Gazprom podpisał kontrakty na 18 z 27 mld m sześc. gazu, jakie mają popłynąć po dnie Bałtyku. By skłonić jak największą liczbę klientów do korzystania z nowego gazociągu, firma wraz z Kremlem stara się podważyć wiarygodność Ukrainy jako państwa tranzytowego. Jesienią należy się spodziewać wojny gazowej, by przekonać Zachód do Nord Streamu – dodaje.