W biznesach tego typu inspiracja jest zazwyczaj podobna: własne doświadczenia podpowiadają, gdzie jest nisza i jak ją wypełnić. Kiedy matka Kazimierza Wielińskiego została sama, bo nie chciała wyprowadzić się z rodzinnego domu, przedsiębiorca wpadł na pomysł, by stworzyć system telefonicznej opieki nad starszymi ludźmi.

– To była typowa sytuacja losowa. Mama miała już 85 lat, wymagała opieki, ale nie chciała się przeprowadzić do żadnego z dzieci. Została sama w Chojnicach, więc musiałem coś z tym zrobić – opowiada Wieliński. – Przypuszczałem, że nie ja jeden jestem w podobnej sytuacji. Zacząłem badać rynek na Zachodzie i zobaczyłem, jak bardzo profesjonalny jest tam system teleopieki. Pomyślałem, że spróbuję i u nas.

Monitoring jak placebo

Nie miał w tej dziedzinie żadnych doświadczeń, bo skończył administrację w Wyższej Szkole Morskiej, pracował w budownictwie, handlu, pomagał innym wchodzić na rynek ukraiński i szukał tam kwalifikowanych robotników budowlanych (wciąż zresztą trzyma rękę na pulsie, bo spodziewa się, że lada moment trzeba będzie na wydrenowany przez Zachód polski rynek sprowadzać ukraińskie pielęgniarki i opiekunki do osób starszych). Więc mimo braku doświadczeń namówił dwóch wspólników (jeden z branży budowlanej, drugi informatycznej), razem wyłożyli dwieście tysięcy złotych i przed dwoma laty założyli spółkę Centrum Usług „Pomorze”. Ma ono pomagać wszystkim chętnym starszym i samotnym osobom. Prowadzi całodobową opiekę telefoniczną, medyczną, a nawet fizyczną.

Na razie, jak mówi Wieliński, to raczej etap zbierania doświadczeń, by móc rozszerzyć usługi na cały kraj – docelowo CUP zakłada możliwość objęcia opieką miliona osób. Dziś to kilkadziesiąt, głównie z Pomorza (matka Wielińskiego była jedną z pierwszych podopiecznych). Mogą liczyć na pomoc całodobowego centrum, gdy zagrożone będzie ich życie, zdrowie lub bezpieczeństwo.

W praktyce wygląda to tak – u klienta CUP montuje się nowy aparat telefoniczny (z dużymi klawiszami i napisami oraz zestawem głośnomówiącym), który utrzymuje bezprzewodową łączność ze specjalnym nadajnikiem z czerwonym przyciskiem zwanym guzikiem życia. Nadajnik ma kształt zegarka (można go nosić na ręce) albo wisiorka do zawieszenia na szyi – by podopieczny miał urządzenie zawsze przy sobie i w razie potrzeby mógł z niego skorzystać. W grę wchodzą różne sytuacje – złe samopoczucie, obawa przed włamaniem albo upadek. (Według statystyk, co trzecia osoba po 65. roku życia średnio raz w roku upada, z tego co trzecia doznaje urazu biodra. – To najtrudniejsze sytuacje, bo dopóki nikt jej nie odwiedzi, nie ma szans na pomoc – zauważa Wieliński). Po naciśnięciu przycisku, aparat telefoniczny na kilkanaście sekund włącza głośny sygnał dźwiękowy i równolegle, automatycznie wybiera numer do całodobowej centrali, gdzie czeka operator. On uruchamia zestaw głośnomówiący w aparacie podopiecznego (by umożliwić rozmowę bez pośrednictwa słuchawki), przyjmuje zgłoszenie i decyduje, czy wezwać pomoc medyczną. W tym czasie system wyświetla na ekranie jego komputera kartę danej osoby.

Każdy objęty opieką musi już przy rejestracji podać kontakt do pięciu osób, które będą powiadamiane w razie wypadku. Idealnie, gdy mają one klucze do mieszkania podopiecznego. System próbuje nawiązać kontakt z pierwszą osobą z listy, która może przybyć na miejsce i udzielić pomocy, potem z następną, aż do skutku. Wszystko to miesięcznie kosztuje dziś w CUP 38 zł.

Jak mówi Wieliński, mimo iż to teleopieka pierwszej generacji, którą kraje zachodnie testowały przed trzema dekadami, jest uważana za najbardziej ekonomiczny sposób opieki nad ludźmi starszymi (dziś Zachód stosuje dużo bardziej skomplikowane systemy, korzystając z dekoderów telewizji cyfrowej, GPS i czujników umieszczonych w mieszkaniu, by np. wysyłały sygnał, gdy osoba cierpiąca na chorobę Alzheimera opuszcza budynek). Zachodnie badania dowiodły, że taki monitoring w dużej mierze działa na zasadzie placebo – starsi i samotni podopieczni, którzy najlepiej czują się we własnym domu, zyskują poczucie bezpieczeństwa, rzadziej wzywają pogotowie i korzystają ze szpitali. Poza tym dzięki temu, że udziela im się pomocy szybciej, konsekwencje schorzeń są mniejsze, przez co leczenie staje się tańsze. Dlatego w wielu krajach taka forma opieki to standard finansowany przez państwo albo samorząd – np. gdy w Wielkiej Brytanii na terenie hrabstwa mieszkają dwa tysiące seniorów, z czego dwieście osób wymaga zakwaterowania w domu opieki, pozostałych obejmuje się nadzorem telefonicznym. To komfort dla pacjenta, ale też lokalnych władz, bo jest to wydatek nieporównanie mniejszy niż ewentualne koszty leczenia.

Niedawno Kazimierz Wieliński namówił władze gminy Kosakowo (koło Pucka), by zdecydowały się objąć takim systemem najstarsze osoby i przekonały się, jak działa. Sytuacja byłaby dużo prostsza, gdyby weszła w życie ustawa o niesamodzielności, nad którą od kilku miesięcy pracuje Senat. Wprowadza ona tzw. czek opiekuńczy. Wart kilkaset złotych bon, który szedłby za wymagającym opieki seniorem, pozwalałby na sfinansowanie potrzebnych usług. – Liczymy na ustawę. Ale oprócz prawa, trzeba też zmienić przekonanie, że tylko rodzina obciążona jest opieką nad seniorami – dodaje Wieliński.