Specjaliści od marketingu i handlowcy nie ustają w zachwytach nad tym biznesowym projektem, a tymczasem klienci – jak na razie – pozostają sceptyczni. Niby podoba nam się slow food, niby chcemy mieć na półkach w sklepach więcej zdrowej żywności, ale gdy trzeba sięgnąć do własnego portfela, ekologia przestaje się liczyć. Dlatego właścicielki MyEcoLife dosyć surowo oceniają polskiego konsumenta. – Polacy wolą kupić dobre auto niż dobre jedzenie – mówi Kinga Nowakowska, jedna ze wspólniczek. A druga, Agnieszka Saternus, uzupełnia: – Bo dobre auto widzą wszyscy naokoło, a to, co się wkłada do garnka, już nie.

Ich pomysł na biznes był prosty: zaoferować na polskim rynku ekologiczne produkty pod własną marką, by stworzyć alternatywę dla jedzenia słabej jakości, produkowanego na przemysłową skalę. Polski rynek znał już ekologiczne produkty, jaja i mleko prosto od rolnika dla coraz większej rzeszy klientów stają się podstawą domowej kuchni, poza tym od kilku lat szlaki w handlu zdrową żywnością przeciera Organic Farma Zdrowia z siecią delikatesów w całym kraju, ale propozycja MyEcoLife silnie wyróżniała się na tym tle. Dwie wspólniczki postanowiły odrzucić dotychczas znaną otoczkę, jaka zdrowej żywności obowiązkowo dotąd towarzyszyła: snopki siana, przybrudzone jajka, lady sklepowe wzorowane na chłopskie wozy, i zaproponowały nowoczesny produkt w nowoczesnym wydaniu, jakiego nasz rynek jeszcze nie widział.

Parówki na telefon

Deserki dla dorosłych „No głód, no cry”, śniadaniowe „Muesli, więc jestem”, „Żelkowe biomisie, kto oprze mi się?” (żelki dla dzieci z 23-procentową zawartością soku z pierwszego tłoczenia), soki „Burak kwaśny zdrowaśny” czy „Chillout truskawkowo-aroniowy” – w 2008 roku produkty młodej polskiej firmy weszły na rynek ze sporym hukiem, bo mocno odbiegały od dostępnej na rynku oferty. Propozycja MyEcoLife była bogata: dżemy, makarony, miody, warzywa, nabiał, mięsa, kosmetyki, koszulki i torby – wszystko fantazyjnie opakowane i nazwane, nad czym pracowali copywriterzy z agencji reklamowej, a poza tym zdrowe, ekologiczne, z certyfikatami (kontrolowanymi obowiązkowo co roku przez wyspecjalizowane firmy na każdym etapie produkcji: od rolnika do dystrybutora).

Z analiz firmy wynikało, że potencjał rynku jest ogromny – wciąż co prawda nie możemy się równać z rynkiem niemieckim, największym w Europie (jego wartość szacowana jest na 4 mld euro), ale rosnąca świadomość, jak wielki wpływ na jedzenie ma jakość życia (według różnych badań w popularnym jedzeniu jemy od 2 do 5 kg związków chemicznych rocznie), alergie trapiące 30 proc. populacji czy choroby nowotworowe (pacjentom po chemioterapii zaleca się dietę pozbawioną pestycydów) – wszystko to otwierało wielkie perspektywy.

– Wyobrażałyśmy sobie, że trafimy z tą ofertą do dużego grona klientów, którzy lubi nie tylko zdrowe, lecz także ładne rzeczy, a poza tym mają trochę fantazji i pieniędzy – mówi Kinga Nowakowska, wieloletnia wegetarianka, która do MyEcoLife przeniosła biznesowe doświadczenia z poprzednich lat (razem z Janem Motzem założyła w 1997 r. firmę Call Center Poland, którą po dziesięciu latach przejęła giełdowa spółka Internet Group). Oprócz niej i Motza do projektu dołączyła anglistka Agnieszka Saternus, którą Nowakowska poznała podczas lekcji angielskiego.

Rozmach, z jakim MyEcoLife wszedł na rynek, wzbudził podziw m.in. specjalistów od marketingu – tej wiosny Kinga Nowakowska i Agnieszka Saternus znalazły się w gronie 50 najbardziej kreatywnych postaci w polskim biznesie według magazynu „Brief”. Obok tradycyjnych sposobów dystrybucji (stoiska w centrach handlowych, sklep internetowy) właścicielki firmy postanowiły jechać za klientami wszędzie tam, gdzie można ich znaleźć. Ruszyły na gdyński Open’er, by kilku tysiącom fanów muzyki zaserwować ekologiczne hot dogi (od certyfikowanej parówki po ekologiczny ketchup). Potem zasponsorowały Food Film Festival, na którym bywają miłośnicy kulinarnych filmów, a za żeglarzami pojechały na Mazury. – Ludzie tak kochają jeziora, że było dla nas oczywiste, iż zaczną o nie dbać, jeśli tylko da im się szansę. Zaoferowałyśmy więc na przystaniach hipoalergiczny i biodegradowalny płyn do mycia naczyń, bo przecież cała chemia, której teraz używają na łódkach, spływa do jezior. Ale okazało się, że nikt tego nie chce – opowiada.