Rynek żywności ekologicznej rośnie u nas powoli, ale nie brak chętnych, by na niego wejść. Właścicielki MyEcoLife przekonały się, że ten rodzaj przedsiębiorczości wymaga cierpliwości i wielkich inwestycji.
Specjaliści od marketingu i handlowcy nie ustają w zachwytach nad tym biznesowym projektem, a tymczasem klienci – jak na razie – pozostają sceptyczni. Niby podoba nam się slow food, niby chcemy mieć na półkach w sklepach więcej zdrowej żywności, ale gdy trzeba sięgnąć do własnego portfela, ekologia przestaje się liczyć. Dlatego właścicielki MyEcoLife dosyć surowo oceniają polskiego konsumenta. – Polacy wolą kupić dobre auto niż dobre jedzenie – mówi Kinga Nowakowska, jedna ze wspólniczek. A druga, Agnieszka Saternus, uzupełnia: – Bo dobre auto widzą wszyscy naokoło, a to, co się wkłada do garnka, już nie.
Ich pomysł na biznes był prosty: zaoferować na polskim rynku ekologiczne produkty pod własną marką, by stworzyć alternatywę dla jedzenia słabej jakości, produkowanego na przemysłową skalę. Polski rynek znał już ekologiczne produkty, jaja i mleko prosto od rolnika dla coraz większej rzeszy klientów stają się podstawą domowej kuchni, poza tym od kilku lat szlaki w handlu zdrową żywnością przeciera Organic Farma Zdrowia z siecią delikatesów w całym kraju, ale propozycja MyEcoLife silnie wyróżniała się na tym tle. Dwie wspólniczki postanowiły odrzucić dotychczas znaną otoczkę, jaka zdrowej żywności obowiązkowo dotąd towarzyszyła: snopki siana, przybrudzone jajka, lady sklepowe wzorowane na chłopskie wozy, i zaproponowały nowoczesny produkt w nowoczesnym wydaniu, jakiego nasz rynek jeszcze nie widział.