Po latach systematycznych wzrostów w ubiegłym roku wyraźnie skurczył się rynek sprzedaży bezpośredniej – jego wartość zmalała poniżej 2,5 mld złotych w porównaniu z 2,6 mld w roku 2009. I – jak wróżą specjaliści – będzie kurczył się nadal.
Jak wynika z najnowszych badań Homo Homini, Polacy omijają ten kanał dystrybucji, bo oferowane w nim towary są za drogie. Takie podejście deklaruje aż 23,9 proc. Polaków. Ponadto przyznają, że nie kupują towarów od akwizytorów, ponieważ zazwyczaj nie mają możliwości porównania ich z produktami konkurencji. Najbardziej na sceptycyzmie klientów ucierpiały firmy kosmetyczne, które dziś generują 60 proc. całkowitych przychodów branży, podczas gdy jeszcze 2 – 3 lata temu było to 80 proc.
Różnica w cenach pomiędzy artykułami kosmetycznymi sprzedawanymi przez różnego rodzaju konsultantów a tymi, które leżą na wyciągnięcie ręki na sklepowych półkach, wyraźnie pogłębiła się w ostatnich dwóch latach. W tym okresie na rynku tradycyjnym miała miejsce prawdziwa wojna cenowa. Wywołały ją drogerie, które wyszły z galerii i zaczęły rozwijać swoje sieci także na osiedlach mieszkaniowych oraz w małych miastach. W rezultacie potaniały wszystkie kosmetyki, łącznie z tymi znanych, uważanych za ekskluzywne marek. Miażdżący cios drogerie zadały sprzedaży bezpośredniej, gdy wprowadziły „kosmetyczne promocje”. Przykładem może być sieć Rossmann czy Super-Pharm, gdzie perfumy i kremy można obecnie kupić nawet o 50 proc. taniej niż w tradycyjnych sklepach.