Wzrost cen napędza rozwój

W Stanach Zjednoczonych ten problem nie jest aż tak istotny. Liberalne regulacje rynku pracy powodują, że Amerykanie znacznie łatwiej tracą pracę, ale też i znajdują nową. Do pewnego stopnia inflacja pomaga zaś dostosować się do warunków rynkowych tym firmom i gałęziom gospodarki, które straciły konkurencyjność. – Pracodawcy o wiele prościej jest przez jakiś czas nie podwyższać pensji i w ten sposób doprowadzić do realnego spadku zarobków, niż wymusić na załodze zgodę na obniżenie płac. Właśnie dlatego wyższa inflacja pomogłaby przywrócić konkurencyjność gospodarkom Portugalii i Grecji. Ponieważ jednak decyzje o wysokości stóp procentowych euro zapadają nie w Lizbonie czy Atenach, ale we Frankfurcie, nie ma na to szans – wskazuje Darvas.

Drugi argument zwolenników ortodoksyjnego zwalczania inflacji jest jeszcze poważniejszy. Wskazują oni, że szybki wzrost cen szkodzi rozwojowi gospodarki. Gdy przedsiębiorcy nie są w stanie przewidzieć, ile będzie kosztował dany towar czy surowiec za rok lub dwa, albo w ogóle wstrzymują się z dokonywaniem poważniejszych inwestycji, albo szukają dla swoich pieniędzy bezpieczniejszych rynków.

Tyle że przykład Stanów Zjednoczonych znów podważa ten argument. Tradycyjnie ceny rosną bowiem w Ameryce wyraźnie szybciej niż w Niemczech, a potem w całej strefie euro. W połowie lat 70. i na przełomie lat 80. i 90. inflacja w USA notorycznie przekraczała 10 proc., zaś w połowie lat 90. – 5 proc. Skalę wzrostu cen pokazuje prosty przelicznik: za towar, który w 1913 r. kosztował 20 dol., dziś należałoby zapłacić 447 dol. Jednocześnie tempo wzrostu amerykańskiej gospodarki było wyższe niż europejskiej. Jest to szczególnie widoczne w ostatnich dwóch dekadach.

Wyższy wskaźnik inflacji nie utrudnił skutecznej (przynoszącej największe zyski) inwestycji kapitału w Stanach Zjednoczonych z kilku powodów. Po pierwsze gospodarka amerykańska jest zdecydowanie bardziej elastyczna w stosunku do europejskiej i łatwiej mobilizuje potrzebny kapitał na rozwój nowych technologii. Po wtóre długa historia daje Rezerwie Federalnej o wiele większą wiarygodność niż działającemu zaledwie od 1999 r. Europejskiemu Bankowi Centralnemu. – Nawet jeśli inflacja w Stanach Zjednoczonych jest wyższa, nikt nie ma z tego powodu obaw, że USA się rozpadną, podczas gdy takie lęki mogą pojawić się w stosunku do unii walutowej – podkreśla Darvas.

Tracą unijni eksporterzy

Ameryka korzysta podwójnie na swojej pozycji największej gospodarki świata. Mogąc sobie pozwolić na wyższą inflację, ma też pewność, że jej polityka stymulowania gospodarki jest skuteczniejsza. Dziś stopy procentowe w Stanach Zjednoczonych są aż o 2,35 pkt proc. niższe, niż wynosi tempo inflacji, podczas gdy w strefie euro ta różnica wynosi 1,35 pkt proc. To, rzecz jasna, oznacza mniejszą zachętę dla przedsiębiorców do pobierania kredytów w niepewnych czasach słabej koniunktury. Po wtóre Waszyngton korzysta ze znanej już panom feudalnym w średniowieczu zasady renty emisyjnej. Nawet jeśli inflacja jest wyższa, a dolar w dłuższej perspektywie będzie szybko tracił na wartości, inwestorzy z Chin, Japonii i wielu innych krajów świata i tak będą go skupywali, bo nie ma żadnego innego środka płatniczego, za którym stałoby równie potężne państwo.

Dodatkowym utrudnieniem dla EBC jest brak spójności gospodarek państw wchodzących w skład unii walutowej. O ile podniesienie stóp procentowych w Niemczech jest uzasadnione, bo gospodarka rozwija się w tempie niespotykanym od zjednoczenia kraju, a bezrobocie pozostaje niskie, to w wypadku Grecji i Portugalii, które tkwią w recesji i mają coraz większe trudności ze spłaceniem długu, wzbudza wątpliwości.

Dylematy EBC, czy i jak zwalczać inflację, są jednak niczym w stosunku do problemów, przed jakimi z powodu szybkiego wzrostu cen stają mniej rozwinięte kraje świata. Eksperci są zgodni, że to właśnie inflacja była jedną z głównych przyczyn wybuchu rewolt w Egipcie, Tunezji i innych krajach Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu.

Z kolei w Ameryce Łacińskiej, gdzie świeżo w pamięci pozostają dramatyczne lata rządów wojskowych junt i hiperinflacji, banki centralne prowadzą politykę quantitative tightening, czyli zacieśnienia (w opozycji do quantitative easing – rozluźnienia Rezerwy Federalnej). Dlatego w Brazylii stopy procentowe poszybowały już do 11,75 proc., w Chile od zeszłego roku były podnoszone aż dziewięciokrotnie, a w Peru ośmiokrotnie. Szczególny dylemat przeżywają Chiny, gdzie bank centralny także zdecydowanie podniósł stopy procentowe (do 6,31 proc.). Ubocznym efektem polityki, która ma trzymać inflację na wodzy, jest bowiem coraz większy napływ zagranicznych (często spekulacyjnych) kapitałów, które mogą w końcu doprowadzić do przegrzania szybko rozwijającej się gospodarki.

Ekonomiści najbardziej niepokoją się jednak brakiem porozumienia między Europejskim Bankiem Centralnym a Rezerwą Federalną w sprawie strategii wobec inflacji. – Oba banki koordynowały politykę w czasie kryzysu i dzięki temu udało się go przełamać. Przedłużanie obecnego sporu może się okazać niebezpieczne i zniweczyć poprawę światowej koniunktury – przestrzega na łamach „Financial Timesa” Michael Heise, główny ekonomista towarzystwa ubezpieczeniowego Allianz.

Już teraz różnica w stopach procentowych po obu stronach Atlantyku powoduje mocne osłabienie dolara do euro, co utrudnia eksport unijnym przedsiębiorstwom i zwiększa ceny importu do USA, a przez to inflację. Choć ekonomiści są podzieleni, kto lepiej radzi sobie ze wzrostem cen, zgadzają się co do jednego: na tym sporze stracą i jedni, i drudzy.