USA inflacji się nie boją

EBC także w pierwszych kryzysowych miesiącach rzucił na rynek miliardy euro. – Pod naciskiem polityków zerwał z ortodoksyjną polityką monetarną i od połowy 2008 r. zaczął na coraz większą skalę skupywać obligacje Portugalii, Irlandii, Grecji i innych mocno zadłużonych państw. W praktyce emitował duże ilości pustego pieniądza, bo płacił za bony skarbowe wydrukowanymi przez siebie dodatkowymi euro – przyznaje w rozmowie z „DGP” Erik Bergloef, główny ekonomista Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju (EBOiR). – Trzeba jednak pamiętać, że sytuacja była wyjątkowa: największy kryzys finansowy od 70 lat. Europie groziły w tym czasie deflacja i zapaść, a nie nadmierny wzrost cen – dodaje.

EBC, podobnie zresztą jak Fed czy Bank Anglii, pompowały też pusty pieniądz na rynek w inny sposób: utrzymując przez dwa i pół roku rekordowo niskie stopy procentowe. Banki mogły brać w tym czasie pożyczki, których koszt był niższy niż tempo wzrostu cen. – W normalnych warunkach natychmiast doprowadziłoby to do nakręcenia inflacji. Ludzie zaciągaliby pożyczki i masowo kupowali dobra, powodując wzrost ich cen. Stało się jednak inaczej, bo zadłużeni po uszy Amerykanie i Europejczycy, często niezdolni do spłacenia wcześniej zaciągniętych pożyczek hipotecznych i żyjący w obawie utraty pracy, ani myśleli dalej się zadłużać – dodaje Bergloef.

Jednak w ostatnim tygodniu EBC uznał, że zagrożenie inflacyjne jest zbyt wielkie i po raz pierwszy od trzech lat podniósł stopy procentowe o 25 pkt bazowych (z 1 do 1,25 proc.). Prezes Jean-Claude Trichet dał też do zrozumienia, że będzie to początek serii podwyżek, które powinny doprowadzić do podniesienia w tym roku ceny pieniądza do 1,75 proc.

Spór, który podzielił Fed i EBC, dręczy także inne banki centralne świata. Co prawda na razie Bank Anglii utrzymuje bez zmian stopy procentowe, jednak część członków jego rady już opowiada się za zmianą polityki. W Polsce prezes NBP Marek Belka przyznał, że nie ma wyboru i musi zdecydowanie zwalczać wzrost cen – w naszym kraju stopy zostały podniesione dwukrotnie. Podobnie postępują banki centralne większości krajów rozwijających się, na czele z Chinami.

Jest wiele przyczyn, dla których inflacja budzi w Europie większą trwogę niż w Ameryce. Zacznijmy od historii: Stany Zjednoczone nigdy nie przeżyły hiperinflacji, nigdy nie musiały zdewaluować dolara. Na Starym Kontynencie zaś inflacja niejednokrotnie wymknęła się spod kontroli, doprowadzając do upadku rządów. W powszechnej opinii to wzrost cen, który w 1923 r. osiągnął roczne tempo 3,25 mln proc., otworzył Hitlerowi drogę do władzy.

– Aby uniknąć powtórki z historii, Niemcy zgodziły się poprzez traktat z Maastricht z 1991 r. na utworzenie unii walutowej, jednak pod warunkiem że EBC uzyska o wiele większą niezależność od władz politycznych niż na przykład Fed, a jego jedynym celem będzie utrzymanie stabilności cen (w praktyce przekłada się to na utrzymanie inflacji nieco poniżej 2 proc. w skali roku – red.) – przypomina w rozmowie z „DGP” Fabian Zuleeg z brukselskiego European Policy Center.

Podnosząc stopy procentowe, EBC wypełnia więc mandat powierzony mu przez przywódców Unii. Choć, jak uważają niektórzy, robi to ze szkodliwym opóźnieniem. Dwa miesiące temu, nie mogąc się doczekać zacieśnienia polityki monetarnej unii walutowej, do dymisji podał się Axel Weber, prezes Bundesbanku i dotychczasowy faworyt do schedy po obecnym szefie EBC Jeanie-Claudzie Trichecie. Nie bez racji przekonywał, że wsparcie przez EBC na wielką skalę finansów Lizbony, Dublina i Aten oznacza, że Europejski Bank Centralny, zamiast dbać o utrzymanie niskiego wzrostu cen, ulega naciskom polityków i emituje pusty pieniądz.

Amerykańska Rezerwa Federalna nie ma takich dylematów. W jej statucie jest jasno zapisane, że obok utrzymywania niskich cen jej zadanie to wspieranie wzrostu gospodarczego, w szczególności walki z bezrobociem. Prezes Rezerwy Federalnej jest też o wiele bardziej zależny od Białego Domu niż Trichet od któregokolwiek z przywódców państw europejskich.

Jednak konflikt między EBC a Rezerwą Federalną daleko wykracza poza formalne uprawnienia obu banków: sięga sporu o samą naturę inflacji.

Po naszej stronie Atlantyku dominuje przekonanie, że szybszy wzrost cen przynosi wyłącznie negatywne skutki. – Argumenty są różne, ale najważniejszy ma charakter socjalny i jest szczególnie podkreślany przez związki zawodowe: z powodu inflacji najwięcej tracą pracownicy najemni i emeryci, którym trudno wymóc na pracodawcy (lub państwie) automatyczną podwyżkę pensji lub świadczeń – wskazuje Zsolt Darvas, ekspert Instytutu Bruegla w Brukseli. Nawet jednak gdy dzięki silnym związkom zawodowym pracownikom udaje się wynegocjować wzrost pensji odpowiadający średniemu wzrostowi płac, nie jest to wcale korzystne dla gospodarki. Powstaje wówczas efekt inflacji wtórnej: wzrost cen staje się samospełniającą się prognozą. To właśnie przed takim scenariuszem ostrzegał w minionym tygodniu Jean-Claude Trichet.