Do 30 kwietnia każdy, kto w ubiegłym roku kupował i sprzedawał papiery wartościowe, musi uporać się z PIT-em. Tegoroczne zeznania dla większości inwestorów będą wspomnieniem jednego z gorszych lat. Rok 2007 był dla wielu czasem realizacji kilkuletnich zysków, co potwierdziła wielkość wpływów do budżetu z tytułu podatku giełdowego (2,1 mld zł). 2008 rok już tak łaskawy nie był.

Rozliczenie przypomina mi batalię i emocje, jakie towarzyszyły za każdym razem dyskusji najpierw na temat zasadności wprowadzania takiego podatku, później jego konstrukcji, a w ciągu ostatnich dwóch lat możliwości jego zniesienia lub gruntownej reformy. Dziwi mnie, że rządzący przespali tak dobry moment, by przypodobać się inwestorom, zresztą również swoim wyborcom, i nie zdecydowali się na zawieszenie podatku choćby na rok lub dwa. Tym razem jednak nie sama idea podatku giełdowego rodzi moje niezadowolenie, ale wciąż zbyt skomplikowane i niejasne zasady. Pamiętam co najmniej kilka różnych interpretacji tego samego przepisu w urzędach i izbach skarbowych, a na końcu w Ministerstwie Finansów. Część biur, przygotowując PIT-8C, stosowała się do instrukcji wydanej przez ministerstwo, a część przesyłała informacje o należnym podatku przygotowane na podstawie bezpośrednich zapisów w ustawie. Ministerstwo tłumaczyło się pośpiechem i obiecało w kolejnym roku uprościć podatek. O ile największe błędy i niejasności zostały poprawione, o tyle po czterech latach nadal nie pozbyliśmy się paradoksów, które miały być rzekomo tylko chwilową chorobą wieku niemowlęcego. Liczba zapytań i ich różnorodność, z jakimi w ostatnich tygodniach zwracają się do stowarzyszenia inwestorzy, źle świadczy o konstrukcji i przyjazności, a właściwie jej braku. Lista kontrowersyjnych zagadnień jest bardzo długa, wystarczy tylko wspomnieć o ciągłych problemach z kwalifikacją kosztów uzyskania przychodu, sprzecznych interpretacjach określających koniec roku podatkowego i oddziaływaniu tego faktu na obowiązującą na rynku giełdowym zasadę rozliczania transakcji w systemie T+3.

Państwo powinno zadbać o system możliwie prosty, logiczny i niewymagający studiowania przez podatnika godzinami ustaw i rozporządzeń. Chyba że państwo z automatu wlicza po stronie swoich przychodów kary, jakie będzie mogło nałożyć na niesubordynowanych i krnąbrnych podatników, którzy jak amen w pacierzu kiedyś się w końcu pogubią i źle wyliczą kwotę podatku.