Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ekonomiści są trochę jak stonki i biedronki. Gdy stworzenia te są młode, w postaci larwalnej, trudno poznać, które stanie się którym owadem, choć jedne są pożyteczne, a drugie niekoniecznie. Ostatecznie lud może zadeptać biedronki, choć są one pożyteczne. A stonki? Cóż, gorzej, jeśli w ogóle nie próbujemy im przeciwdziałać.
Reklama
W 2020 r. jesteśmy świadkami największego w historii transferu środków na linii państwo‒przedsiębiorstwa. Jeszcze przez lata będzie trwał spór, jak nazwać to zjawisko, a to przecież największy bailout w historii finansów. Mało kto stawia pytanie, czy środki oferowane w ramach tarcz zostały racjonalnie wydane. Tymczasem trwa inny spór, czy mamy prawo pompować dług publiczny, czy jednak nie powinniśmy przekraczać konstytucyjnego limitu na poziomie 60 proc. PKB. Najlepiej byłoby zapytać o to tych, którzy będą te długi spłacać – następne pokolenia. Niestety, siedzą one w szkołach, żłobkach albo jeszcze się nie urodziły. Nie zaprotestują ani nie przyjadą palić opon pod budynkami rządowymi. Zresztą dopiero za kilka lat okaże się, czy z części z nich wyrosną biedronki, czy stonki.
Można zacząć się zastanawiać, czy posiadanie rządu rzucającego się na pomoc z ręką w kieszeni następnych pokoleń to dobra rzecz. Rzeczywistość daje wiele dowodów logicznych w przeciwnym kierunku. Inwestycje podjęte decyzjami rządowymi, niezależnie od opcji politycznej, mają zwykle znacznie niższą stopę zwrotu niż inwestycje prywatne. Innymi słowy zasoby danego kraju nie są wykorzystywane w najlepszy sposób, gdy decyduje o nich państwo.
Ponieważ rządy błędnie uważają, że wydają dobrze i rozsądnie, to generalnie wydają dużo. Naczelnym uzasadnieniem jest zjawisko zawodności rynku, rzeczywiście funkcjonujące, tak chętnie dyskutowane, przy cyklicznym pomijaniu zawodności sektora publicznego. Rządy wydają, więc później podnoszą podatki dla zbilansowania wydatków. Podatki zmniejszają motywację do pracy i przedsiębiorczości, więc zawsze pozostaje zwiększenie zadłużenia, co jest niczym innym, jak odroczonymi podatkami.
Ekonomiczny spór o dług publiczny jest sporem czysto teoretycznym. Dopiero jego praktyczny wymiar ma znaczenie. Daje rządowi klucze do stacyjki auta z publiczną benzyną. Stąd już tylko krok, aby wcisnąć gaz do dechy. W tym świetle jest dość zabawne, że zwolennicy nieskończonego długu dzielą zaciągane długi na te dobre i te złe. Dobre to takie, które państwo zaciąga u swoich obywateli, a złe te, które zaciąga u zagranicznych instytucji finansowych. Czy to założenie przypadkiem nie zakłada, że dług wewnętrzny jest bezpieczny, bo swoich obywateli można w przyszłości ograbić podatkami? Długi mają sens, gdy wzrost gospodarczy jest z roku na rok dodatni, a pieniądze zainwestowane w gospodarce pozwolą go spłacić, rolować wraz z odsetkami.
Tyle że nie znamy przyszłości – nie wiemy, czy pandemia nie zostanie z nami na dłużej ani kiedy wrócimy do wysokiego poziomu rozwoju gospodarczego. Obserwujemy monstrualny wzrost zadłużenia państwa bez odpowiedzi na pytania, jak mierzyć skuteczność działań rządowych w pandemii, co wzrost zadłużenia oznacza dla następnych pokoleń – i tak obciążonych przez system emerytalny – i dlaczego właściwie gigantyczne programy socjalne są nietykalne. Pod koniec 2019 r. zadłużenie państwa przekraczało 1 bln zł, a na koniec 2021 r. ma to już być 1,52 bln zł. W dwa lata narobimy tyle długów, co dotychczas przez kilka dekad. Podobnie jak niezbędne są instytucje, które zapewnią niezależną czwartą władzę, patrzącą na ręce rządowi przy wydawaniu pieniędzy, tak samo konieczne są mechanizmy kneblujące wydawanie pieniędzy do oporu na wątpliwie racjonalne działania. Do tego jednak potrzebni są ekonomiści biedronki, a nie stonki.